LUTY 2012
Środa, 1 luty 2012
Taak, Exumas jak dla mnie są istnym rajem na ziemi. Od czasów wenezuelskich Los Roques takich krajobrazów dzikiej i pięknej natury chyba nie doznaliśmy. Co zatoczka to plaża, a każda z nich jest cudowna, woda tak przezroczysta jakby jej nie było, na tłumy też nie możemy narzekać. Jedynym problemem są otaczające nas wszędzie płycizny, nawet jeśli w linii prostej od kotwicowiska do kotwicowiska jest 2-3 mile, to musimy ich przepłynąć dwa razy tyle omijając zbyt płytkie połacie. To jest niesamowite, gdyby poziom wód w oceanach obniżył się chociażby o 1-2 metry przybyło by tutaj sporo dodatkowego terytorium. Z tego też względu bardzo ważne jest, żeby śledzić godziny przypływów i odpływów. Różnica poziomów waha się od 40 cm do metra i w godzinach najniższej wody niektóre miejsca stają się absolutnie nieprzepływalne, a wręcz po piasku można tu i ówdzie chodzić suchą nogą. Te wielkie płytkie połacie, na które wpływa, lub z których wypływa oceaniczna woda wypełniają się wąskimi przesmykami pomiędzy wyspami, w niektórych godzinach pływów są w nich tak szybkie prądy, że próba przejścia przez nie jest prawie niemożliwa. Prądy te żłobią koryta w dnie które dobrze widać na zdjęciach satelitarnych. Jest to utrudnieniem, nie da się ukryć, ale jednocześnie dodaje to Bahamom uroku i niepowtarzalności tak specyficznego miejsca.
DARU STUDIUJE TABLICE PŁYWÓW I MAPY ABY PRZYGOTOWAĆ NASTĘPNY KROK
I NIE DZIWOTA, Z SATELITY DNO MORZA TO CZY LODOWCE HIMALAJÓW?
Już 25 dni przemierzamy archipelag Exumas robiąc skoki żabie, nawet nie zajęcze. Wymienię może poszczególne wysepki, które odwiedziliśmy w ramach podsumowania dla tych, którzy są geograficznie zaciekawieni i chcieliby posprawdzać na google maps.
Po kolei: Highbourne Cay (marina), Norman’s Cay (wrak samolotu), Shroud Cay (rejs przez mangrowia), Warderick Cay (dyrekcja Parku Narodowego Exumas), Compass Cay (miliony conchów), Samspon Cay (marina i słaby Internet), Staniel Cay (grota James’a Bond’a, zatoka świń i aż dwa sklepy!!!), Bitter Guana Cay (całkiem sami z orłopodobnymi i pierwsze spotkanie z iguanami), Gaulin Cay South (sanktuarium iguan, caracole i znów całkiem sami), Black Point Settlement na Great Guana Cay (zatoka pełna innych jachtów, ale w miarę dobry Internet i jako tako zaopatrzony sklep; Moana rozwala sobie buzię na hulajnodze), Little Bay na Great Guana Cay (średniowieczny zamek, fala nie daje żyć ani spać), White Point na Great Guana Cay (langusty!), Little Farmers Cay (Moana jeździła po pasie startowym, zero zaopatrzenia), Big Galliot Cay (cudne miejsce dla jednej łódki, a było ich 5, konczowisko), no i obecnie Ruddercut Cay (prywatna).
Piętnaście kotwicowisk i prawie każde warte odwiedzenia. Niby podobne, a takie różne, przynajmniej dla nas, którzy jesteśmy małymi ciekawskimi i zawsze (tam gdzie się da) eksplorujemy wnętrze wysp. Teraz już zbliżamy się do Great Exuma Island i zaczęło się pasmo wysp prywatnych, gdzie na plaży widnieje napis NO TRESPASSING! VIOLATORS WILL BE PROSECUTED! – jak na Florydzie! Nasze wycieczki zostaną w związku z tym ograniczone, nie podoba nam się to, więc chyba przyśpieszymy kroku ku George Town wypływając na zewnętrzną, wschodnią stronę archipelagu. Nasi doszywani przyjaciele już nam dawno zniknęli z pola widzenia, Vent Fou z chorą na „Dingue” po ugryzieniu specyficznego komara Catherine już zapewne jest na Jamajce, a Maloya i tak nie mogłaby z nami płynąć, za płytko tu dla ich łódki z ponad dwumetrowym zanurzeniem.
Ale wróćmy do wątku relacji zdarzeń, na których zakończył Daru, czyli na Great Guana Cay. W Black Point zatrzymaliśmy się dłużej o dzień, Daru złapał tam niespodziewanie darmowy internet dużo lepszej jakości niż ten płatny przy Sampson Cay. Mogliśmy więc nawet z obrazem korzystać ze skypa i włożyć bloga. Na szczęście, bo biorąc pod uwagę komunikacyjną pustkę na dalszej drodze długo musielibyśmy czekać na rozmowy z ukochanymi.
BLACK POINT – JEDNO CZY DWUZNACZNA NAZWA RUMU?
Po spełnieniu wszystkich ważnych zadań postanowiliśmy jednak przenieść się za cypel, gdzie zatoczka z piękną i obszerną plażą kusiła nas bardziej niż zatłoczona zatoka przy miasteczku. Owszem, była piękna, prawie pusta, ale boczna fala, która z niezrozumiałych dla nas przyczyn do niej wchodziła zbyt intensywnie uprzykrzyła nam wieczór i noc. Rankiem przybliżyliśmy się do skał w nadziei na spokojniejsze warunki. Nie było lepiej, ale kotwica wbiła się cała pod piach gwarantując dobre trzymanie (zawsze płynę sprawdzić, żeby mieć psychiczny spokój), więc opuściliśmy Bubu planując długą wycieczkę pieszą ponownie do miasteczka Black Point Settlement.
Mając dzień wcześniej Internet dorwaliśmy się do google maps i zobaczyliśmy z góry wszystkie planowane przez nas postoje. A to oznacza nie tylko różnice głębokości wody (od prawie białego do granatowego, przechodząc przez upojny turkus), ale i drogi na wyspach, które na naszych żeglarskich mapach nie są w ogóle wzięte pod uwagę. Dowiedzieliśmy się więc, że z miejsca naszego nowego postoju do miasteczka jest droga, od połowy asfaltowa, dająca nam szansę na miły, dłuższy niż zazwyczaj spacer. A i cel był zacny, dzień wcześniej przypłynął po południu do wyspy statek z zaopatrzeniem, mieliśmy więc przed oczami świeżą dostawę. Przeszliśmy pierwszy krótki kawałek drogi, kiedy to napatoczył się (o dziwo na pustkowiu) samochód z uprzejmymi czarnymi rybakami, którzy zaproponowali nam podwiezienie. Jak na spacer, super… Pojechaliśmy, ale tylko do asfaltu, tłumacząc, że dziecko potrzebuje ruchu i wskazując na hulajnogę. Wysadzili więc nas tam, gdzie szosa się zaczynała. Była górka. Moana nie z jednej już zjechała na swojej hulajnodze. Tym razem również pognała jak szalona, tylko że niepotrzebnie chciała sprawdzić w połowie zjazdu gdzie jesteśmy i odwróciła się przez ramię w naszą stronę. I stało się, straciła równowagę, widziałam jak kierownica zaczyna jej falować i że nie może jej już opanować. Zamknęłam oczy i czekałam na najgorsze. I stało się, fiknęła koziołka prosto na swoją uroczą buźkę. Rozległ się ryk. W takich momentach robi mi się słabo, ręce zaczynają się trząść, tak bardzo boję się, że kiedyś naprawdę zrobi sobie coś poważnego. Daru podbiegł do niej pierwszy, podniósł i mogliśmy obejrzeć obrażenia: rozkrwawiona warga, starte czoło i część nosa oraz lewę przedramię. Oczywiście ryk był straszny. Nie wiedzieliśmy co robić, czy wracać na Bubu, czy gnać dalej do miasteczka po pomoc. Oczywiście nie mieliśmy żadnych opatrunkowych elementów, jedynie wodę i chusteczki. Postanowiliśmy iść dalej, Daru niósł Moanę nie czując ciężaru, za to współczucie było wielkie i lęk, jako że Moana skarżyła się na ból głowy. W miarę zbliżania się do wioski płacz ustawał, spokój w naszych umysłach również powracał powoli. Doszliśmy do sklepu. Po wczorajszej dostawie oprócz bananów nie pozostało wiele, ale były lody. Zimny rożek oprócz przyjemności przysporzył Moanie ulgi dla opuchniętej rozciętej wargi. Już było dobrze. Planowaliśmy wcześniej zjeść lunch w lokalnej knajpce, ale z uwagi na wypadek mieliśmy zamiar jednak wrócić jak najszybciej do domu. Już byliśmy na zakręcie jak Moana zdumiona zapytała: a obiadek w restauracji? Okej, skoro dobrze się czuła zasiedliśmy przy stole w jednej z okrzykniętych najlepszą jadłodajnią wyspy (pisali o tym w żeglarskiej gazecie). Po ponad godzinnym oczekiwaniu na dania (smażona ryba i koncze z warzywami i frytkami) nasyciliśmy w trójkę żołądki i powróciliśmy spokojnym krokiem, tym razem całkiem na piechotę, na Bubu. Moana już nie chciała jechać na hulajnodze, a najmniejsza różnica poziomów była powodem paniki. Typowy uraz, przejdzie.
Dzisiaj niewiele już pozostało po stłuczeniu. Goi się na Moanie jak na psie (jeszcze jedno podobieństwo z Ubu). A na dowód Daru robił jej zdjęcia każdego dnia:
Na kotwicowisku dalej bujało nie do wytrzymania. Po głębszym zastanowieniu podnieśliśmy kotwicę, aby o parę mil dalej znaleźć miejsce równie malownicze, ale spokojniejsze. Zdążyliśmy nawet pojechać na plażę. Niestety po powrocie bujanie się wzmogło i szykowała się równie niespokojna noc jak poprzednia, co nie było wskazane z powodu niewyspania ostatniej nocy. Już o zmierzchu Daru postanowił po kapitańsku, że wbrew ryzyku zbliżymy się do lądu. Kotwica w górę, wolnym ruchem zbliżyliśmy się do skał ochraniających przed falą, prawie do granicy naszych możliwości zanurzenia. Ale warto było, przestało nami ruszać na prawo i lewo i choć wieczór był rozkoszny dzień można uznać za pechowy. Na plaży Moanę poparzyła na dodatek w nogę mała meduza i tata musiał sikać na palące miejsce, a Darowi spadł na podłogę twardy dysk i w ten sposób straciliśmy bajki Moany, nasze filmy i część zdjęć. Są takie dni i tyle. A najgorsze jest to, że Moana nie będzie mogła przez parę dni pływać w masce i to ją martwi.
Spędziliśmy tam i następną noc. W ciągu dnia poszukiwaliśmy łowczych miejsc, a to nie takie trudne kiedy woda jest aż tak przezroczysta. Każdy czarny punkt może tylko oznaczać podwodną skałkę, albo koral i każdy jest wart odwiedzenia. Tutaj wyjątkowo mogliśmy się o tym przekonać. Czarnych punktów było ze trzy, albo cztery. Każdy z nich gościł inne przysmaki. Przy jednym znaleźliśmy langusty, przy drugim znów morskie pająki (jeden z nich był samicą z jakami, zrobiło mi się nader przykro, ale było post factum), za to każdy skrywał między skałkami malutkie rekinki śpiochy, które w ogóle nie reagowały na nasze polowania.
Zadowoleni zdobyczami z uśmiechem spałaszowaliśmy wieczorem spreparowane pyszności.
SPACERY I TERENY ŁOWIECKIE PRZY WHITE POINT
Little Farmer’s Cay wydawało się być kolejnym etapem, gdzie napełnimy szafki zapasami. Na mapach wyglądało na miasteczko tętniące życiem, wyczytaliśmy, że jest i grocery store i liquore store (hurra, bo kończył nam się rum). Okazało się to jednak złudnym marzeniem. Prawie wymarła, cicha i spokojna osada obdarzyła nas jedynie chlebem, który i tak sami sobie potrafimy upiec. Ach nie, był też niby Yacht Club zupełnie pusty, w którym na szczęście można było kupić Rum Bacardi za 18 dolców, zbawienie. Za to część drogi głównej przechodziła przez pas startowy lokalnego, ewidentnie rzadko uczęszczanego lotniska, tak że Moana mogła znów powrócić do bezpiecznej jazdy na hulajnodze po szosie prostej jak stół i szerokiej jak autostrada. Tydzień później zapowiadany był w tym miejscu lokalny festiwal, tańce, hulanki i regaty, ale dla nas tydzień i tłum to za dużo, od razu postanowiliśmy, że czekać nie będziemy i następnego dnia już witaliśmy nowe miejsce.
MOANA ZNÓW ODLATUJE, PŁASZCZKA NA PLAŻY I ???
Wybraliśmy maleńką zatoczkę z maleńką plażą, wydawało się, że jeśli zajmiemy środkowe miejsce nikt inny nie będzie mógł już dobić, i że znów będziemy sami tak jak lubimy. Jeszcze lunch zjedliśmy w przeświadczeniu o samotności i pięknie wybranego miejsca, kiedy tuż po nim jakiś amerykański jachcik ważył się zbliżyć i również rzucić tu kotwicę daleko na nami. Ależ byliśmy wściekli… po chwili inny dwumasztowiec zakotwiczył tuż obok, za parę chwil dwa inne statki również wybrały to miejsce. Ożesz….! Tyleż było z samotności. Na plaży pojawiły się psy wywiezione na kupkę i siusiu, no nie było to to co tygrysy lubią najbardziej. Na szczęście podwodna eksploracja dała nam upojenie. Ja płynęłam wpław, Daru z Moaną za mną na aneksie. Koncze! Krzyczę, podnoszę jednego, a tu w środku krab (Dla żartu takie kraby, które zajmują cudzą pustą muszlę nazywamy Thierry Lhermite, kto trochę zna francuski oraz francuską kinematografię – zrozumie). Zniesmaczona wyrzuciłam muszlę. Widzę drugą – dziurawa, trzecia, o jest prawdziwy koncz, ale malutki. Płynę dalej, a przed moimi zamaskowanymi oczami rozpościera się pole. Tylko wybierać. Dwie kolacje pod rząd jedliśmy koncze, a i w południe nie pogardziliśmy sałatką z surowych konczów, pomidorów i cebuli w sosie cytrynowym. Załagodziło to niesmak dzielenia kotwicowiska z tak licznymi towarzyszami.
Moana bardzo zapamiętała giętkość fizyczną koleżków z Vent Fou, od tej pory kolebie się na linach, robi fikołki, coraz trudniej powstrzymać ją od nowych fizycznych wygibasów. Nie martwię się tym, lubię patrzeć jak coraz lepiej radzi sobie z równowagą i coraz mniej martwię się, że się potknie, czy spadnie. Śmiesznie się z nią żyje. Z nowych haseł szczególnie rozbawił mnie komentarz na widok ukochanego brata Bartka na zdjęciu z jego pobytu na Kubie:
- tato, ale mój brat Bartek ma pryszcze, pewnie pije za dużo coca-coli (hasło zasłyszane parę miesięcy wcześniej od Artura, kuzyna Dara, taty bliźniaczek Emilki i Julki).
Na plaży bawi się długo taplając się trochę w wodzie, trochę grzebiąc w piachu na brzegu, ale jak już ostatnio zbliżał się wieczór, opłukała się z piasku, przyszła na koc i mówi:
- brr, robi się zimno, spadamy na Bubu?
Nie wiadomo co kiedy takiemu dziecku zahaczy się w pamięci, ale śmieszne jest, że umie użyć pewnych „dorosłych” haseł w odpowiednim momencie.
Czasami jest to śmieszne, ale na granicy…
Daru, w jakimś małym spięciu mówi groźnie: Beata, chyba cię…, tu się powstrzymał przy dziecku
- trzepnę to zobacysz, dokończyła mała… No cóż i tak dobrze, że jest wiele innych słów, których jak na razie nie tyka.
Tu, gdzie jesteśmy, przy Ruddercut Cay jest bardzo ładnie, długa plaża, grota, która ma dziurę w suficie, z której prawie wypada duży kaktus, podwodne skałki.
W ramach rozrywki Daru skombinował na prośbę Moany części do latawca i majstrowali cały wieczór razem, żeby rano spróbować puścić go na wietrze plażowym. Było sporo radości, choć latawiec latał słabo, mimo (oczywiście) doskonałego pieczołowitego wykonania.
Popłynęliśmy też aneksem szukać podwodnych przygód i obiadów. Jak zawsze na przeszpiegi zeszłam pierwsza do wody przy czarnej plamie, która zazwyczaj oznacza jakiś ciekawą koralową głowę do odwiedzenia. Trochę się przestraszyłam gdy moje oczy napotkały…syrenę siedzącą przy fortepianie. Tego jeszcze nie widzieliśmy, a jednak.
Daru nie omieszkał zawrzeć z Ariel bliższej znajomości.
SYRENA W WODZIE I SYRENA W GROCIE
Przypuszczalnie właściciele wyspy mieli tak nietuzinkowy pomysł, żeby zrobić odwiedzającym niespodziankę. Udało się.
Z polowania wyszły dwa Nassau Groupery jeden duży, drugi mały. Teoretycznie łowienie ich jest jeszcze zabronione, ale dwa nikomu krzywdy nie zrobią, szczególnie, że nic innego nie było, a coś przecież jeść trzeba.
Po południu mieliśmy w planach wypłynąć na otwarty ocean, żeby wschodnią stroną archipelagu przebrnąć 7 mil w kierunku Barreterre, gdzie podobno jest jakiś sklep.
BLOG: kiedy lata temu (śmiesznie to brzmi) wypływaliśmy pomyślałem, że warto będzie pisać pamiętnik z tej podróży, aby nie zapomnieć szczegółów, wrócić kiedyś do tych chwil, do obrazów, przeżyć i myśli, które przychodzą w chwilach różnorakich uniesień. Chciałem pisać też o sprawach intymnych i osobistych. Nie przypuszczałem wtedy, że przybędzie kiedyś nowa czytelniczka w postaci Moany, która będzie czytała o sobie nie pamiętając niczego z tego okresu. Dodatkowo idea upublicznienia naszych słów wprowadziła automatyczną autocenzurę, nieporuszenie wielu tematów dotyczących zarówno nas jak i innych. I miast wspomnień stał się nasz pamiętnik zwykłym sprawozdaniem z podróży. Początkowa próba prowadzenia podwójnych zapisków okazała się zbyt skomplikowana, a część niepoprawnych tekstów od początku Beata uznała za niepublikowalne i skreśliła. Dobre jednak i to co jest, informacja dla rodziny i zainteresowanych, a dla nas jednak pamiątka.
PODRÓŻ: nie jesteśmy podróżnikami, żyjemy po prostu w inny sposób niż większość. Nie mamy też odwagi innych nam podobnych, którzy sprzedali domy, kupili jachty i popłynęli żyć inaczej uciekając od codziennego cywilizacyjnego bytu. My nie musieliśmy niczego sprzedawać i mamy zaplecze finansowe aby żyć komfortowo. Nie umniejsza to jednak faktu, że ta próba życia, przeżywania go intensywniej i pełniej, poprzez poznanie nowych miejsc i ludzi, a jednocześnie swoich możliwości i ich granic udaje się. To bogactwo całkowicie nowych wrażeń rozwija nas tworząc całkowicie nowy wymiar. Choć przepłyniecie Atlantyku nie jest jakimś szczególnym wyczynem, to ciągła świadomość oddalenia od wszystkiego i bycia zdanym tylko na siebie - tak. Dziś tu na Bahama żyjemy bez telefonu, Internetu, radia i telewizji, nie wiemy co się dzieje na świecie i jakoś nam tego nie brakuje. To daje też nowy wymiar i oddalenie od życia, w którym to nieustająco zerka się nerwowo na ekran telefonu komórkowego – jesteśmy zawsze do dyspozycji i osiągalni czy to prywatnie czy zawodowo. Nałóg ten nie pozwala na odłączenie się od świata nawet na chwilę, zawsze jest coś ważniejszego niż wspólna kolacja, obiad, wspólne chwile. Zawsze ktoś przeprasza, odchodzi za drzewo lub załom aby tam porozmawiać z kochanką, pracownikiem, szefem, ale na pewno zawsze z kimś bardzo ważnym. Żałosne to trochę.
My zawodowo już dawno popełniliśmy samobójstwo, a pozostałe sprawy, od których oddaliliśmy się bledną z czasem, nasze zainteresowanie nimi podobnie jak ich nami zanika. Tak też dzieje się z ludźmi.
LUDZIE: jest rzeczą całkowicie naturalną, że zainteresowanie naszym blogiem maleje. Pozostało wprawdzie paru wiernych czytelników, a to tych z najbliższej rodziny, która chce wiedzieć czy żyjemy, a to takich traktujących go jak telewizyjny serial urozmaicający ich codzienną nudę, zapewne też kilka bliskich nam osób. Nawet większość naszych nielicznych przyjaciół nie wie co się z nami dzieje, nie mają na to czasu w ich codziennym życiu. I jest to zupełnie zrozumiałe, każdy żyje swoje życie na modłę na jaką sobie wybrał i jest głównie zainteresowany sobą i bieżącymi sprawami swojego własnego ja. Inni pozostają daleko w tyle, a brak częstych kontaktów dodatkowo rozluźnia z nimi związki. Nie jest to wcale egoizm tylko naturalny odruch obronny.
Kiedy odwiedziliśmy brata Beaty w jego współcześnie bogatym domu, nie padły pytania o kilkanaście krajów, które odwiedziliśmy, ani o 30.000 kilometrów zrobionych w USA i Kanadzie i 30 parków tych krajów, zaproponowano nam pokazanie zdjęć z ostatnich wakacji w Maroku… . I nie to, że w Maroku byłem parę razy i to w rewirach zbliżonych do królewskiej władzy i że mógłbym opowiedzieć kilka historyjek na pograniczu filmu o Bondzie, a tym bardziej, że chciałbym umniejszyć czyjeś wrażenia i ważność wakacji, ale mnie czyjeś wakacje obchodzą tyle co innych moje. Bliższa koszula ciału…
Dlatego nie męczę nikogo pokazywaniem zdjęć z podróży, a zaglądanie do naszego bloga to tylko czyjaś chęć i dobra wola. Nawet moja mama nie zadaje pytań w czasie naszych skypowych rozmów, opowiada o swoich planach, problemach – nimi przecież żyje nie nami. Jedynie Moana jest jej oczkiem.
Człowiek lubi żyć „po staremu” otoczony miejscami, przedmiotami i ludźmi po których wie czego się spodziewać, a częste zmiany wywołują w nim stany lękowe. Szymon Laks, mój nieżyjący od dawna znajomy, któremu życie uratowała muzyka i brydż kiedy to po emigracji z Polski w 1928 wrócił do niej niechcący prosto do obozu zagłady, opisuje w swojej książce „Gry Oświęcimskie” jak to po szczęśliwym (jakie miłe słowo w tym kontekście) przeniesieniu przed zbliżającą się armią sowiecką z Auschwitz do Dachau i szczęśliwym wyzwoleniu obozu przez Amerykanów padł blady strach na wyzwolonych i wszyscy zadawali sobie to samo pytanie: I co teraz z nami będzie? Nawet tak nieludzkie obozowe upodlenie zapewniało jakąś stabilizację, której człowiek tak potrzebuje.
Są na szczęście ludzie, dla których życie jest ciągłym wyzwaniem i którzy ciągle chcą poznawać i nie ustają w tym, przez co i my czujemy, że nie jesteśmy jacyś nienormalni. (dzięki Elu).
Pływając spotykamy różnych ludzi, też mocno zaawansowanych wiekiem, którzy dopiero rozpoczynają swoją nową przygodę z życiem, mają wreszcie na to czas. Spotkana kiedyś para, pan już trochę sfatygowany, jakieś 75 lat, ona młódka, jakieś 70. I to ona wchodziła na maszt w celach naprawczych. Pewnie już o nich pisałem, ale tak mi zapadli w pamięć (Andrzejku!). Oczywiście jest to przykład chcenia ze świata żeglarskiego, ale pasje mogą być różne i dziwne.
Podobnie jest z pracą, poznałem ludzi wielce bogatych, którzy stworzyli imperia i mogliby przestać pracować aby oddać się innym pasjom, będą jednak pracować do śmierci. Kochają pracę, a może bardziej swój własny twór i nie potrafią zrezygnować ani z niego ani z władzy, którą on im dał. Ciekawe, że dużo łatwiej rezygnują z własnej rodziny, często też nie mają innych zainteresowań, całe życie tylko pracowali.
Oczywiście nie próbuję narzucić innym mojego stylu życia czy patrzenia na świat, każdy żyje jak potrafi, jednak żal mi (i denerwuje) patrzeć na marnującego się Włodziusia (którego kocham), a u którego wszystko jest już tylko teorią, a mogło by być praktyką.
Od pewnego czasu obserwuję ubawiony ludzkie podejście do życia, jakby ono miało trwać wiecznie. A przecież nie dość, że się starzejemy jako rzecz nieunikniona, to jeszcze samo to życie wisi na włosku przypadku i można je stracić w każdej chwili. Kiedyś miałem jakiś lęk o przyszłość, może wzięło się to stąd, że znalazłem się sam za granicą, bez rodziny, historii, zabezpieczeń. Odkładałem więc wszystko na później, swego rodzaju oszczędność zabezpieczająca przyszłość. Przyszłość ma jednak tendencję do skracania się, jakoś coraz szybciej z wiekiem. Tak więc postanowiłem świadomie uznać sprawę za zakończoną i zacząłem realizować tą niejasną w swojej długości przyszłość, nawet kosztem pozbycia się wszystkiego co posiadam. Nie przewidziałem wprawdzie Moany, ale jej wystarczy dać wychowanie i wykształcenie, tyle dostałem sam i jakoś mi idzie. Nieźle nawet.
Nasze nie schematyczne życie było więc atrakcją dla innych tylko z początku, kiedy zaczęliśmy żyć inaczej, a znajomi pozostali, po staremu, w ich kokonach. Ot byliśmy takim dziwolągiem ze znajomych kręgów.
PRZYJAŹNIE : to tak jak z miłością. Są uczucia w człowieku i ich nie jest w stanie okiełznać. Albo się kogoś lubi, albo nie, albo się z kimś koleguje, a potem przestaje, albo przyjaźni i chce aby te osoby pozostały na życie. Powroty do przyjaciół są takie jakby nigdy nie było rozstań, a czas spędzony z nimi darowizną. Dziś mogę powiedzieć, że stać mnie na komfort posiadania jedynie przyjaciół. Kolegów nie mam, brak mi już na to czasu.
Piątek, 3 luty 2012
Daru, jak widać poczuł brak opisów innych niż bieżące wydarzenia. Fakt, z założenia nasze zapiski miały być troszkę inaczej prowadzone. Osobiście również czasami mam ochotę podzielić się różnymi przemyśleniami, ale w moim wypadku występuje brak rygoru, czyli pisania na bieżąco. Zdjęcia z łatwością przypominają nam po kolei wszystkie wydarzenia, myśli jednak są ulotne i jeśli nie złapie się ich natychmiast później jest trudno do nich wrócić. I faktycznie nie wszystkie nadają się do upublicznienia. Moje odczucia, a propos tego, co napisał Daru nie wszędzie się pokrywają z jego, ale są to niewielkie różnice, wynikające może z różnicy wieku, a może podejścia do życia i do osób.
Ja więc grzecznie wrócę do wydarzeń bieżących.
Tak jak planowaliśmy dwa dni temu wyszliśmy przez Rudder Cut na zewnętrzną stronę Exumas, jako że pływanie po wewnętrznej stronie stało się już tak skomplikowane przez płycizny, że w zasadzie czekając na wysokie wody musielibyśmy przesuwać się późnym wieczorem przy zachodzie słońca, co nie byłoby rozważnym postępowaniem.
Okazało się jednak, że fala jest tak duża (miala 2-3 metry, ale my płynęliśmy prosto pod nią), że nasza prędkość, nie mówiąc o komforcie płynięcia, okazała się za mała, żeby bezpiecznie dotrzeć do celu przed zmierzchem. Dodatkowo myśl o wpływaniu w wąski nieznany przesmyk przy odpływie (co formuje wielkie fale – spotkanie wpływającej fali oceanu z wypływającą wodą odpływu z wypłaceń Bahama Bank), przy słońcu zachodzącym świecącym prosto w oczy jest raczej nierozsądnym posunięciem. Po 1,5 mili katowania się postanowiliśmy zawrócić. Nasze nerwy były nader napięte, Moana zapadła w niezdrowy sen, jako że nie cierpi przedniej fali, rzucało nami na prawo i lewo, a fala zalewała cały pokład. Dość.
Bezpiecznie weszliśmy z powrotem tam, gdzie dwie godziny wcześniej zaczęliśmy walczyć z oceanem. Zakotwiczyliśmy przy południowej części przesmyku, czyli przy Darby Island. Zmęczeni żeglowaniem! Chyba Bahamy za bardzo nas przyzwyczaiły do wody płaskiej jak stół. Skatowani nie ruszyliśmy się już z Bubu, a Moana spała aż do piątej, co na szczęście nie zaważyło na jej nocnym zwykle długim śnie.
Noc była ultra spokojna, wyspaliśmy się, a ranek przywitał nas widokiem morza wypłaszczonego i przymilnego (z miejsca kotwiczenia mieliśmy bezpośredni wgląd na przesmyk). Krótkie spojrzenia, szybka kawa i decyzja podjęta: próbujemy ponownie.
Do południa byliśmy na miejscu, przesunęliśmy się o 8 mil na południe i zakotwiczyliśmy przy małej wysepce Leaf Cay. Niesamowite, że aż taka różnica w żeglowaniu może być między jednym a następnym dniem. Płynęło się miło, Moana spokojnie znosiła lekkie bujanie, a wejście przez Adderly Cut czyli przesmyk przy wysepce Adderly okazało się w tych warunkach bułką z masłem.
Popołudniowe szukanie jedzonka doprowadziło nas do fantastycznych koralowych połaci pełnych smakowitych rybek. Langust nie było, ale kolacja i tak była wytworna, daru ustrzelił 5 ryb. Mała plaża również była zachwycająca, przywitały nas znów iguany, tym razem bardziej natarczywe – ale Moana świetnie sobie z nimi poradziła, bały się bardziej jej niż fukającego i rzucającego w nich piachem Dara. Goniła się więc z nimi, przynosiła im do picia wodę morską, łapała je za ogony. Zachowywała się jak piesek, który nalazł zabawki do igraszek.
Krótki spacer na cypelek zakończył się ponownym zbiorem kilku dziesiątek ślimaków karakoli. I tak życie się toczy.
Poniedziałek, 6 lutego 2012
Ponowna próba polowania w tym samym miejscu zakończyła się fiaskiem. Jak zwykle pierwsza weszłam do wody zachwycona ilością potencjalnych posiłków, ale podobne do moich odczuć miał zapewne szwędający się dookoła rekin „nurse”. Daru odmówił polowania w jego towarzystwie, bo choć ten gatunek rekinów okrzyknięty jest przyjaznym nie wiadomo jaka byłaby jego reakcja przy rozpraszającej się w wodzie rybiej krwi. Odpuściliśmy zatem z ciężkim sercem.
ODWAŻNE ZDJĘCIE BEATKI (i nie ostatnie)
Ślimaki natomiast wyszły nam ponownie świetnie, jak i przypuszczalnie naszym sąsiadom, Holendrom, którzy zakotwiczyli nieopodal. Spotkaliśmy się na plaży i przekazaliśmy im nasze ślimacze doświadczenia. Oni do tej pory nie znali i nie wiedzieli, że to się je ani jak to się preparuje. I tak ze statku na statek przechodzą kulinarne nowinki, może i oni kiedyś podzielą się tym z następnymi.
My od nich dowiedzieliśmy się natomiast, że szykuje się mocniejszy wiatr, mieli dostęp do bardziej precyzyjnej prognozy, przenieśliśmy się więc dwa kilometry dalej na boje przy Lee Stocking Island, gdzie znajduje się Morski Instytut Badawczy (na boi zawsze pewniej). Wiatr nie przekraczał 25 węzłów, a noc była bardziej komfortowa tylko ze względu na świadomość, że trzyma nas boja, a nie kotwica, bo poza tym boczna wchodząca fala bujała nami dość znacznie.
Otaczający krajobraz też nie był jakiś wyjątkowy, nieciekawe wybrzeże, zabudowania i wiele innych jachtów dookoła. Co to dokładnie za instytut, nie wiadomo, nie było żywej duszy, a wszystko wyglądało na trochę opuszczone. Przy pustym biurze znaleźliśmy natomiast wydrukowane informacje na temat tej wyspy i dzięki temu dowiedzieliśmy się gdzie jest ciekawa rafa i że są piesze trasy. Jedna z nich zawiodła nas na najwyższy szczyt Exumas (a podobno i całych Bahama) – Perry’s Peak. Z wielkim wysiłkiem wdrapaliśmy się spoceni na szczyt mający … 40 metrów. Wycieczka była bardzo piękna, widoki malownicze i o dziwo nie spotkaliśmy nikogo, choć tyle jachtów kłębiło się w zatoce.
PERRY’S PEAK – wys. 123 … stóp (czyli niecałe 40 metrów)
Podobnie było z plażą, cudną długą z palmami kokosowymi (co jednak nie często się zdarza), z której startowała wycieczka, ona też była całkiem pusta.
Tak sobie czasami obserwujemy innych i często mamy wrażenie, że ludzie po prostu gdzieś przypływają, kotwiczą i siedzą u siebie na statku nie zwiedzając niczego. Ubawiła nas jedna pani z sąsiedniej amerykańskiej żaglówki, która w połowie dnia, które przesiedziała w kokpicie wyszła na zewnątrz w słomianym kapeluszu, zanurzyła się po pas w wodzie stojąc na drabince, postała tak parę minut, po czym wróciła, wysuszyła się na osłonecznionym (choć wietrznym, aż dziw, że jej nie zabrało kapelusza) deku i zasiadła znów w kokpicie. Aneks ich nie odpłynął ani razu w ciągu dnia, jedynie wieczorem udali się na drinka do innych Amerykanów. Dziwi nas to, bo nawet jeśli nie uważamy, że trzeba być super aktywnym, spędzanie całych dni na statku wydaje nam się niezrozumiałe. No chyba, że cały dzień leje.
Z żywnością robiło się u nas naprawdę krótko, a najgorsze, że znów zaczynało brakować rumu i czekolady. Wiedzieliśmy, że w oddalonym o 6 mil od nas miasteczku jest sklep. Płycizny dookoła oraz niekorzystny kierunek mocnego, nadmiar, wiatru uniemożliwiał popłynięcia tam Bubu. Uświadomiliśmy sobie, że to sobota, więc następny dzień niedzielny pozamyka przed nami wszelkie możliwości. Jedyne więc rozwiązanie – popłynąć tam aneksem.
Nie sposób opisać jak wymęczeni dotarliśmy na miejsce. Podróż trwała 40 minut, a jazda pod fale zmusiła nas do znoszenia notorycznego podskakiwania. Bolały wszystkie mięśnie, a i kręgosłup trochę dał się we znaki, szczególnie mnie, która siedziała na twardej ławeczce. Pośladki bolą mnie do dziś.
Sklep był średnio zaopatrzony, ale to czego nam najbardziej brakowało znalazło się, dzięki czemu właścicielka miała tego dnia niezłe obroty. Miasteczko poza tym było całkiem wymarłe, wszyscy popłynęli motorówkami na regaty, które odbywały się tego dnia przy Little Farmer’s Cay, gdzie byliśmy tydzień wcześniej. Nie było w związku z tym otwartej restauracji, a liczyliśmy na lunch na miejscu, żeby dać ciału odpocząć po przeprawie. Trzeba było więc wracać od razu i od nowa przeżyć szokujące skoki na falach. Tym razem jednak szliśmy w tym samym kierunku co one, więc było łagodniej, a i czas podróży skurczył się do 25 minut. Uff! Udało się, lodówka trochę zapełniona, przedpołudnie maksymalnie wykorzystane, można odpocząć.
Będąc na Perry’s Peak wypatrzyliśmy przepięknie położone kotwicowisko następne 2 kilometry na południe. Stały tam co prawda inne dwa katamarany, ale może lepsze to niż tłum przy bojach. Postanowiliśmy się tam nazajutrz przenieść.
Stoimy w tymże miejscu już drugi wieczór. Przypływając wczoraj mieliśmy tylko dwóch sąsiadów, w tym „naszego” holendra. Dziś jest nas tu już 9. Ojej!
Dzień za to był bardzo miły, mała plaża, pływanie w okolicy kotwicowiska przysporzyło nam trzech sztuk konczów, więc mamy kolację (wczoraj wybraliśmy się do bardziej oddalonych skał, gdzie Daru nad wyraz sprawnie trafił 3 dorodne rybie sztuki). Pogoda jest w kratkę, widzimy jak formułują się chmury i jak leje na horyzoncie. Nas na szczęście te deszcze omijają, ale chmury zakrywają grzejące słoneczko, więc czasami mamy gęsią skórkę.
Wiatr ucichł, od wczoraj nie przekracza 10 węzłów, więc jutro zapewne pognamy dalej zewnętrzną stroną po płaskim morzu i znajdziemy się już w George Town na Great Exuma Island.
Podobno znajdziemy tam wypasiony supermarket, do którego jest przypisany pomost dla żeglarzy, i który daje darmowe Wi-Fi. No nareszcie, bo dni co prawda mijają niepostrzeżenie, ale kumulują się tworząc tygodnie bez znaku życia od nas. Usłyszę może Bartka po powrocie z ferii zimowych w Livinio, Elę jeszcze przed wyjazdem na prawie pół roku do hiszpańskiego Valladolid w celach studiowania, no i mamunię i innych, za którymi tęsknimy my i Moanka, która nader często wspomina rodzinę pozostawioną w Polsce.
Jedno jest pewne, coraz lepiej znamy się rybach. Oglądamy je precyzyjnie pływając, po czym studiujemy informacje w zakupionym wcześniej podręczniku objawiającym nam ich wartości smakowe. Poprzedni podręcznik jest przyrodniczy i omawia tylko ich walory zoologiczne. Już prawie się nie mylimy w wyborach.
Moanka coraz częściej pływa z nami i choć dość szybko chce wrócić do aneksu z powodu zmarznięcia, radzi sobie świetnie mimo fal. Na plaży zapuszcza się w morze już sama ze swoją maską i obserwuje informując nas niezwłocznie o tym co zobaczyła pod wodą. Widać, że to lubi, co nas cieszy niezmiernie. Coraz lepiej też chodzi, mimo że wycieczki nie są za długie, terytorium jest niedogodne – ostre skały, gdzie trzeba mierzyć każdy krok, lub piaszczyste podejścia, gdzie jeden krok do przodu to pół do tyłu. Coraz rzadziej marudzi, a jak już dobrnie, mówi: ale jestem dzielna, widzicie!
Wtorek 7 luty 2012
Pobudką były ruchy wojsk czyli hałas wind kotwicznych i ogólny ruch w kierunku południowym do George Town poprzez płycizny do wyjścia na pełne morze malutkim przesmykiem. Pogoda była idealna, bezwietrzna i nadzieja na spokojne morze na ten 15-sto milowy przeskok. Nasze mapy są fotokopiami, a Fugawi czyli program i mapy elektroniczne nie pokazują w tym miejscu żadnych detali więc postanowiłem podłączyć się do gęsiego szeregu łódek.
Płynęliśmy jako przedostatni, ale łódka za nami chyba nie chciała być na końcu i narwany jej kapitan walił miejscami na skróty. Płyniecie śladem innych nie zmienia jednak mojego nastawienia i choć z fotokopii, to dokładnie śledziłem namiary przecinających się namiarów na mijane zatoczki, wysepki i cypelki. W ten sposób w pewnym momencie nie poszedłem dokładnie po śladzie łódką idącą przed nami i mogłem obserwować jak w ostatniej chwili omijają mieliznę robiąc nagły zwrot o 90 stopni. Za to wyprzedzający mnie w tym momencie narwaniec już nie zdążył i staną jak wryty kilem w piach. Dobrze, że generalnie są tu łachy piaskowe a nie rafa czy skałki, inaczej by się to skończyło.
Po wyjściu na wielką wodę wędki poszły w ruch i zaczęliśmy spokojnie płynąć 4 węzły przygotowując się do prania dzięki pracującej odsalarce i gorącej wodzie z wymiennika silnika. Pogoda był piękna, wiaterek niewielki, takie morze kochamy.
Kochamy też świeże ryby. Walka był długa i wyczerpująca, wdawały się w nią wątpliwości, uniesienia i upadki, nawet na samym końcu Beatka powątpiewała czy ryba zmieści się w naszym wielkim podbieraku. Udało się jednak. Koryfrena, 10 kilo i 120 centymetrów wylądowała w naszej dziurze przy drzwiach gotowa do obróbki. Jedzenie na dwa dni, zupa plus marynaty, a do śniadania sushi z wasabi i ginger. Wszystko palce lizać.
Po wejściu na wody wewnętrzne laguny przy George Town ukazał nam się nam się w oddali las. Masztów. George Town to baza wielu Amerykanów i Kanadyjczyków, którzy tu spędzają zimę. Miejsce jest wystarczająco na południe aby z silnych zimowych północno-amerykańskich frontów dających się we znaki na północnych Bahamach tu już tylko dochodziły ich peryferyjne strzępy.
Szybko weszliśmy do pierwszej pustej zatoki aby spędzić samotny wieczór i noc z dala od tłumów, wśród których i tak się jutro znajdziemy w celach obowiązkowej intendentury. Nikt więcej tu nie zawitał, cóż na mapie to kotwicowisko nie jest zaznaczone, co więcej, z 2 metrów głębokości jest tylko półtora, głębokość nieosiągalna dla większości łódek zmuszonych po próbach do zawrócenia. Tak więc jesteśmy sami, a oprócz tego niespodziewanie mamy Internet.
Wyczytaliśmy właśnie, że w Polsce jest atak zimy. Idzie luty – podkuj buty.
U nas podobnie, temperatura po raz pierwszy od dawna osiągnęła … 30 stopni a wody 26,5. Pech jakiś.
Wtorek, 14 luty 2012
Nie miałeś o czym pisać! – zaśmiała się Beata.
No nie miałem, cóż plaże, pływanie, ryby i tak w kółko jest może atrakcyjne dla nas, ale dla czytelników nudne. Teraz mam co pisać, oj mam, ale zacznę od tyłu.
Dziś sztucznie wymyślone święto – Walentynki. Takie kapitalistyczne, komunistycznym był dzień kobiet, 8 marca. Jednak każde święto jest dobre aby się napić, i zaraz przychodzi mi do głowy Beaujolais Nouveau, sikacz pierwszej wody i wymyślony świetny biznes wokół tego względnego rarytasu. No to lu, zdrowie zakochanych. Czyli moje.
Patrzę sobie na tą moją Beatkę nieustająco z zachwytem. Z kaczątka (niebrzydkiego) z wiekiem zrobił się z niej łabędź, z rasową urodą i piękną figurą. Tak sobie ją podglądam czasami i czuję jak emanuje tą swoją kobiecością, bez względu na sytuację czy ubranie. Kiedy sprząta Bubu, o które dba jak nikt spotkany nie dbał o swój dom, kiedy bawi się z Moaną czy ją karmi (oczywiście nie znaczy to, że ja się tylko gapię!) rozczula mnie zawsze i daje mi tym wielką przyjemność. To, że nie potrzebuje markowych ciuchów, czy innych atrybutów bogactwa, jedynie miłości i spokoju jest wielką zaletą do której dodać trzeba, największą to znaczy znoszenie mnie na co dzień. Oj moje ty miłości - to mój walentynkowy prezent dla Ciebie.
Jesteśmy w George Town i jeżdżąc tam i powrotem aneksem przywozimy towarów za 2 tys, dolarów. Odbudowujemy zapasy kompletnie opróżnionej Bubu. Zgrzewki piwa, wina i soków Moany na dwa miesiące lądują w przedniej bakiście, dodatkowo puszki różnorakie, oleje i inne potrzebne produkty aby żyć dłużej bez sklepów. Miasteczko położone jest wokół małej laguny dostępnej z morza tylko wąziutkim kanałem dla aneksów i małych motorówek. Nie ma w nim nic interesującego, jest wyłacznie bazą zaopatrzeniową dla okolicy oraz miejscem administracji państwowej.
PRZY GEORGE TOWN - DARU WOZIWODA I POD MOSTEK
Napełniamy też nasze zbiorniki z wodą, przy supermarkecie zaopatrzonym nad wyraz przyzwoicie, jest pomost z wodą dostępną dla żeglarzy. Na co dzień człowiek nie zdaje sobie sprawy jaka jest waga zużywanej codziennie wody. Gdyby ją miał nosić oszczędzały by ją niezwykle. Nasze dzienne zapotrzebowanie wynosi około 50 litrów i jest to tylko woda potrzebna do płukania naczyń i nas. Kąpiemy się w morskiej, którą też myjemy naczynia i toalety. Woda z odsalarki służy nam jako pitna. Napełniamy więc nasze dwa 20 litrowe bidony kiedy się da i przelewamy z nich wodę do dwóch 300 litrowych zbiorników Bubu. Zabawne, okazało się że żyjemy nad wyraz komfortowo i we trójkę zużywamy dwa razy więcej wody niż pięcioosobowa załoga Vent Fou.
Pełni jedzenia i wody zostawiamy naszą butlę gazową do napełnienia i uciekamy z George Town na weekend w dobre miejsce – idzie front, będzie znów mocno wiało.
Pisałem poprzednio o przepłynięciu Atlantyku, o oddaleniu i zdaniu tylko na siebie. Nie przypuszczałem, że tak szybko to zdanie wróci do mnie czkawką.
Obudziłem się w nocy z bólem w kolanie. Gorące i napuchnięte. Co jest? Coś mnie znów ugryzło pod wodą, a może dotknąłem nim jadowitego korala, starość dopada? Pytania nasuwają się różne, ale jedno jest pewne, mam zapalenie stawu. No tak to wygląda.
Później, już w dzień jest jeszcze gorzej, opuchlizna powiększa się, schodzi w dół powiększając nogę pod kolanem z boku strzałki. Biorę tabletkę na zapalenie stawów. Ból znika opuchlizna jeszcze nie. Już się chciało powiedzieć, że jakoś to będzie, kiedy podcierając się wyciągam papier toaletowy cały we krwi. Co się dzieje?
Cholera wie co mi jest, na dodatek nic mnie nie boli, biorę przecież tabletki na stawy ze środkiem przeciwbólowym ze względu na kolano. A może to cholera?
Drugiego dnia rano znów krew w kale. Zaczynamy studiować francuską książkę – Medycyna w podróży. Cholera rzeczywiście to nie jest, ale coś piszą o możliwości raka i takie inne, ale nic dokładnie. Trochę robi mi się smutno. Bezsilność. Co by jednak się nie działo, poczucie, że żyję pełną gęba z moimi dwiema ukochanymi dodaje mi otuchy.
Dzień mija, wieje jak w kieleckim, nie wychodzimy z łódki. Próbujemy jedynie pływać wokół niej, ale fala przeszkadza znacznie. Moana ogląda cały dzień Bajki Braci Grimm ściągnięte przez mnie z Internetu, jest nimi zachwycona. My też, są świetnie i dowcipnie zrobione. Odzyskaliśmy prawie całą muzykę, była nagrana na paru DVD - strata dysku boli mniej.
Jest weekend i mocno wieje, kiedy się jedno i drugie skończy pójdę do kliniki i dowiem się co ze mną.
Poniedziałek 13 zaczął się dobrze. Brak krwi w moim kale wyraźnie poprawił nam humory. Wiatr zelżał, ale czuje się lodowaty podmuch z północy i choć jest 21 stopni to zimno jest przenikliwe. Idziemy pływać na pobliską rafę zakudłani w pianki. Temperatura wody spadła o 2 stopnie w jedną noc, Moanka więc nie wytrzymuje długo i mówi, że jest jej zimno, mnie pęka uchwyt przy gumie w kuszy, wiec tylko płyniemy oglądając podwodne cuda, które są miejscami wybitne. Wracamy przemarznięci, ubieramy wiec się ciepło i powoli przygotowujemy się do lunchu.
Kiedy talerze są już na stole pojawia się koło nas wielka i szybka szara motorówka. Dwóch panów w koszulkach z napisem Policja i koltami u pasów pyta czy papiery mamy w porządku i czy mogą wejść na łódkę. Ależ zapraszamy.
Trzymając papiery w rekach mówią: prosimy zabrać wszystkie pieniądze, nie chcemy aby zostały na łódce – jesteście państwo aresztowani… cdn.
Na początek satyra w krótkich majteczkach:
Beata: Moana wstawaj! Ta podłoga jest brudna, wszyscy tu chodzą.
Moana: Nie! Mam ochotę tu siedzieć i będę siedzieć!
Nie ma w tym zdaniu nic zabawnego, prawda? Tyle, że Moana powiedziała to zdanie siedząc oparta o drzwi z napisem: Areszt (Jail)
Od pewnego czasu Moana zaczynała swoje wypowiedzi od: jak byłam mała to… . Od paru dni zaczyna od słów: kiedy byłam w więzieniu to … .
Na szczęście w jej świadomości wszystko co się zdarzyło było tylko zabawą, jak w „Życie jest piękne” Belliniego.
Trzeba zaznaczyć, że Beatka zachowała się bardzo pięknie. Na hasło o zabieraniu gotówki (której nie wziąłem) zapaliło się w jej głowie światełko i choć faceci mieli napisane Policja na koszulkach i kolty u pasa to ich łódka była nieoznaczona (jak się okazało napis w postaci skrótu MPD - Marine Police Departament, miała tylko na dachu jako informacja dla helikoptera) i nie wiadomo czy policjanci byli to czy przebierańcy. Na ich początkowe próby zabrania tylko mnie powiedziała, że w żadnym wypadku, że płyniemy wszyscy albo nikt.
Po szybkim dopłynięciu do George Town wsadzono nas do samochodu z „kratką” i po chwili znaleźliśmy się w komisariacie po stronie zamkniętej dla publiczności. Policjant (ten filmowo miły) poprosił mnie do toalety (z braku wolnych biur) i poinformował, że jesteśmy podejrzani o fałszowanie i rozpowszechnianie fałszywych dolarów amerykańskich. Brawo!
Zabrano nam całą gotówkę z portfela, kazano siedzieć i czekać. Nie wiedzieliśmy wtedy, że po moim zdenerwowaniu, jeszcze na łódce, i haśle, że wynocha z łódki bo nie mają prawa po niej chodzić, że jest to terytorium Francji i muszą mieć nakaz - taki właśnie przygotowywano. Po półtorej godzinie katowania Moany, która wszystkim działała na nerwy swoją nadpobudliwością, a którą my skrzętnie podjudzaliśmy, przedstawiono nam dokument z pięknymi pieczęciami i hasłami typu: jej kurewska mość zezwala na rewizję i temu podobne.
Beacie kazano czekać, a ja z trójcą policmajstrów znów samochodem (100 metrów) i szarą motorówką udaliśmy się na Bubu. Tam przystąpiono do rewizji.
Rewizje widzieliśmy już różne, często w krajach dziwnych jak Kuba czy USA gdzie łódkę badał piesek w celach narkotycznych, a nasz jeżdżący domek RV przeglądano w celach zdrowotnych w poszukiwaniu złego kanadyjskiego żarcia wjeżdżając do stanu Washington. Ci tutaj szukali fałszerzy. Ubawili mnie do łez przygotowując do zabrania nasze komputery i drukarkę za przysłowiową złotówkę. Na moje hasło, że nawet dziecko by rozpoznało banknot odbity na takiej jakości sprzęcie powiedzieli, że może przywożę lepszej jakości z Europy. Szukano też papieru. Najbardziej spodobał im się blok do malowania Moany, prowadzący śledztwo (ten filmowy zły) powiedział ze znawstwem do kolegów: patrzcie, identyczna struktura, tak, to ten sam papier.
Zainteresowano się też naszymi zakupami, piętnastoma zgrzewkami piwa, paroma zgrzewkami soków dziecięcych i dziesięcioma kartonami wina. Postanowili zabrać i to, ale na ich prośbę abym to wyjął z dzioba wyśmiałem ich i z uśmiechem patrzyłem jak się sami trudzą. Ja już wcześniej zrobiłem swoje i pewnie od tego bolało mnie kolano.
Oczywiście niczego innego nie znaleźli więc sam dałem im resztę gotówki, ale tylko dolary amerykańskie i pognaliśmy z powrotem na komisariat. Przy okazji pobytu na łódce zabrałem lunch dla Moany, gotowy obiadek z serii makaron z serem, który dzień wcześniej niepostrzeżenie Moana wrzuciła do wózka w sklepie i który niepotrzebnie znalazł się na Bubu. Dziecko widzi przyszłość!
No i tak sterczeliśmy do późnego popołudnia w niepewności i nerwach próbując zrozumieć co się dzieje, ale kiedy zaproponowano nam coś do jedzenia, wyglądało że sprawy mają się lepiej. Beatka cały czas utrzymywała, że się wszystko wyklaruje przed 17, chłopaki chcą iść do domu i z normalnego ślimaczego tempa przyśpieszą sprawę. Nie myliła się. Parę minut przed piątą, przyszedł dobry policjant i zabrał nas do innego budynku, tym razem eleganckiego. Zaprowadzono nas do szefa policji, grubawego w mundurze mocno kolorowym i ważnego, który długim i niezbyt zrozumiałym bełkotem wyłuszczył pomyłkę, przepraszając wielokrotnie, dał też Ferrero Rocher Moanie.
Już przed budynkiem pojawił się też numer 1 świata politycznego Archipelagu Exumas, reprezentant rządu i gubernatora, również przepraszał za incydent, pomyłkę i oby źle nie wpłynęła na nasze postrzeganie Bahamów i temu podobne pierdoły.
Po chwili wraz z całym towarem i sprzętem wylądowaliśmy w motorówce, aby przed zmrokiem zakończyć policyjną przygodę w George Town.
Druga strona medalu wyglądała tak:
W piątkowe popołudnie zrobiliśmy zakupy w monopolowym, kupując piwo i parę butelek rumu podając przy tym nazwę naszej łódki jak proszono. Z braku wystarczającej ilości piwa dokupiliśmy resztę w drugim sklepie tego samego właściciela – całość na sumę około 700 dolarów. Wieczorem sklepikarze wrzucili utarg do skrzynki bankowej, gdzie przeleżał przez weekend, do poniedziałku. W poniedziałek komuś przeliczającemu pieniądze nie spodobała się seria lekko wilgotnych studolarówek, sprawdził mazakiem do sprawdzania, który zapewne był made in China i nie wykazał prawdziwości studolarowych banknotów. Wezwano natychmiast właściciela sklepów i policję. Szybko sobie przypomniano nas z małą dziewczynką i śmieszną hulajnogą, znaleziono paragon z nazwą łódki i dla nas się zaczęło.
Zabrano oczywiście wszystkie nasze pieniądze do sprawdzenia. Na szczęście szef policji lub ktoś równie inteligentny wpadł na pomysł aby sprawdzić wszystkie (sklepowe i nasze) banknoty w innym banku, w tym przypadku w Royal Bank of Canada. Tam profesjonalna maszyna wykazała, że wszystkie banknoty były w porządku.
Dziś jest po wszystkim, ot przygoda. Momentami nie było jednak przyjemnie, uprzejmość policjantów na komisariacie pozostawiała wiele do życzenia. No i nerwy. Możemy oczywiście skarżyć bank o odszkodowanie i zapewne można by wygrać jakąś kwotę. Tak zrobił by turysta wracający do domu. My na łódce, bez Internetu i telefonu nie mamy fizycznych możliwości. Szkoda nam też czasu i życia na takie podchody, na początek trzeba by lecieć do Nassau, tam brać adwokata, spotykać się z bankiem i temu podobne. Napisaliśmy więc tylko notkę do prasy:
SCOTIABANK PUTS TOURISTS TO THE PRISON
On Monday, February 13, a cruising family with a 3 years old child was accused of giving counterfeit U.S. dollars to merchants in George Town, Exuma, Bahamas. The Scotiabank had determined the money to be counterfeit.
At about 12 noon that day the police came to their boat anchored at Elizabeth Island. They inspected their boat took all cash, the change received from the merchants in George Town, computers, printer and all of the items purchased in George Town. The family was taken back to George Town to the police station while the money checked by the Royal Bank of Canada for authenticity.
After being detained for five hours the family were returned, along with the possessions to their boat, after the Royal Bank of Canada determined the money to be authentic.
The error of the Scotiabank cost the tourists the day in prison, the search, the persecutions and others disagreements.
After apology of the chief of the police and the representative of the government the tourists still wait for contact from the Scotiabank.
Oczekując na dostawę propanu zmieniliśmy kotwicowisko na bliższe miasta. Po pierwsze chcieliśmy wejść na szczyt z obeliskiem, no i przymuszeni pobytem kupić dodatkowe paski klinowe do pomp wodnych silników w oddalonym od miasta sklepie.
Wyprawa na szczyt była cudna, najpierw ścieżką wśród gęstwiny, potem stromo piaskowym zboczem do szczytu aby z niego zobaczyć całą okolicę i widok setek jachtów zaparkowanych wszędzie. Powietrze było niezwykłej klarowności z horyzontem ostrym jak brzytwa. Zeszliśmy na drugą stronę, na plażę od strony oceanu, który choć to Atlantyk, był niebywale spokojny.
Moanę trzeba było pod koniec nieść, skarżyła się na ból nogi w pachwinie, był to zapewne mimetyzm z moją nogą, ciągle bolącą i napuchniętą w kolanie. Po powrocie okazało się, że dodatkowo napuchła mi kostka. Postanowiliśmy po południu jednaki odwiedzić klinikę.
Piątek 17 luty 2012
W klinice wielkości budki z piwem zapisano mi i od razu wydano z apteki antybiotyk na stan zapalny (34 dolary całość) i pognaliśmy aneksem na północ w kierunku sklepu samochodowego NAPA. Wylądowaliśmy na plaży w pobliżu na co wskazywała mapa. I rzeczywiście, kiedy wyszedłem na drogę i spytałem o sklep, siedząca rodzinka potwierdziła, że to za rogiem, jakieś sto yardów. Dom był ruinką, ludzie trochę straszliwi fizjonomicznie, ale mili. W dużym sklepie za skałą kupiłem paski nie mieli jednak profili aluminiowych. Policyjna motorówka złamała nam jeden podtrzymywacz paneli słonecznych, co zauważyliśmy post factum. W sklepie poinformowano mnie, że profile takowe są dostępne w sklepie dalej, odległego o jakieś dwie mile. Nie mogłem zostawić Beaty z Moaną na plaży na tak długo bez informacji, zawróciłem więc do aneksu pytając po drodze jeszcze raz zaznajomioną dziwną rodzinkę. Tak, ale to daleko odpowiedzieli, choć podwieziemy cię. Trochę się przestraszyłem wsiadając do mocno zdezelowanego samochodu z panią jako kierowcą i strasznym bratem z tyłu. Scena jak z horroru.
Po pięciu minutach byliśmy przed sklepem, profile mieli, kupiłem co trzeba, a płacąc przygotowałem parę dolarów dla moich taksówkarzy. Kiedy wsiadłem do samochodu, pani poczęstowała mnie chipsami, no bo jak tak gonię to muszę jeść, a pan dał mi do ręki piwo, skorzystałem z tej drogi i kupiłem parę zimnych, tobie też, powiedział. Kiedy zostawiali mnie przy ścieżce do plaży, nie chcieli słyszeć o pieniądzach, życzyli tylko miłego pobytu. Tacy są tu mili ludzie. Rzadkość.
Beata łyknęła piwa i popłynęliśmy na Bubu wiedząc, że przed nami ostatnia noc na Exumas i że jutro płyniemy na Long Island. Kierunek południowy wschód.
Niedziela, 19 luty 2012
Wczoraj po kawie i porannym pływaniu podnieśliśmy kotwicę i klucząc pomiędzy jachtami wypłynęliśmy na ocean płaski jak stół.
Na silnikach i żaglach wypełnionych ledwo odczuwalną bryzą przepłynęliśmy te dwadzieścia mil w pięć godzin jedząc lunch, bawiąc się z Moaną w chowanego, odrabiając zaległości na które nie ma czasu w czasie codziennych zajęć na kotwicy. Pełnia szczęścia - znów nowe było przed nami.
Jedynie wyciek oleju w prawym silniku nas trochę niepokoi, ale muszę dokładnie posprzątać komorę silnikową aby zobaczyć co jest grane i czy to poważne, bolące kolano na to jednak jeszcze nie pozwala.
Kotwicę rzuciliśmy przy rozległej pięknej plaży na północy wyspy w zatoce o nazwie Calabash. Dopływając do niej, będąc jeszcze daleko widać było, że woda jest tu niezwykłej przejrzystości ze szczegółami na dnie odległym o 15 metrów. Szybko okazało się, że między Bubu a niedalekim brzegiem znajduje się mała rafa. Beata znalazła miejsce bogate w nasze ulubione schoolmastery i nakazała polować. Nie jest to proste w takich miejscach, ryby są strachliwe, nie pozwalają na zbliżenie się na odległość strzału. Po pół godzinie podchodów tylko dwie sztuki spoczęły we wiadrze, zbyt małe na dużą kolację. Cóż dołożymy coś jutro, a dziś zjemy coś innego.
Wieczór i noc z soboty na niedzielę minęły bez szmerku, aż trudno uwierzyć, że staliśmy na wodzie mając ocean na wprost. Taka cisza zapowiada jednak znów zbliżanie się frontu. Zapowiedziano go na noc z poniedziałku na wtorek i trzeba będzie stąd uciekać, jako, że to urokliwe miejsce nie jest chronione od wiatrów północnych, a zwłaszcza wchodzącej oceanicznej fali, która jest tu podobno nie do zniesienia.
Plażowanie było cudowne, Moana do woli bawiła się raz to w wodzie, raz na lądzie, Beata wybiegała swoje kilometry, a i ja przeszedłem parę z komputerem w ręce w poszukiwaniu Internetu. Znalazłem go dopiero w hotelu, do którego dotarłem się aneksem. Po wejściu do baru zapytałem barmana czy może mają Internet, po usłyszeniu pozytywnej odpowiedzi i że jest bez hasła, barman zapytał czy może bym się czegoś napił. Chętnie, ale przypłynąłem dinghy i nie wziąłem pieniędzy. To może szklankę wody z lodem? Miło.
Poniedziałek, 20 luty 2012
Przy porannej kawie obracaliśmy mapą jak dziecięcym bączkiem. Płynąć na południe od strony oceanu czy od strony zachodniej po niezbyt atrakcyjnych płyciznach? Zadecydowaliśmy o oceanie i ucieczce przed frontem tą stroną. Będąc już na morzu i zadziwieni obserwując różnice pomiędzy mapami elektronicznymi i papierowymi (zdecydowaliśmy kupić papierowe wydanie dalekich Bahama za jedyne 65 dolarów widząc, że nasze elektroniczne choć aktualne mapy nie pokazują za wiele) nagle wspólnie zmieniliśmy jeszcze raz kierunek. Najbliższa „dziura” której możemy się schować jest zbyt daleko przy tak słabym wietrze. Płyniemy więc do Rum Cay odległej o 25 mil wysepki. I nazwa miła i ochrona od północnego ataku dzisiejszej nocy wystarczająca.
Rum Cay to drugie miejsce odwiedzone przez Kolumba po odkryciu lądu w czasie jego pierwszej podróży w drodze do Indii. Nazwał wtedy wyspę Santa Maria de la Conception. Później po rozbiciu przy niej statku pełnego rumu zaczęto nazywać ją Rum Cay i tak pozostało do dzisiaj.
Jesteśmy już po lunchu, morze jest płaskie z lekkim wiatrem z tyłu, od początku ciągniemy wędki, ale bez rezultatu. Kochane jest takie morze, pomyśleć, że za 6 godzin będzie tu duża fala i silny wiatr.
Beatka siedzi z Moanką na siatce, idę tam i ja, rozłożę hamak i trochę odpocznę, choć przy Moanie jest to zazwyczaj absolutnie niemożliwe, rozpiera ją energia i nie daje człowiekowi nawet minutki spokoju.
PŁYNIEMY DO RUM CAY – ZABAWY NA NOWEJ BEZWĘZEŁKOWEJ TRAMPOLINIE
Wtorek, 21 luty 2012
Wczorajsze wejście do zatoki Port Nelson było na granicy rozsądku. Słońce już zachodziło, znaczy zbyt późno tutaj dotarliśmy, za mały był wiatr po drodze lub wyszliśmy za późno. Tak czy owak dopłynęliśmy do boi naprowadzającej do mariny i szliśmy kanałem widząc jeszcze głowy koralowców na prawo i lewo. Opuszczenie kanału było już trudniejsze, klucząc między koralami jakoś znaleźliśmy piaskowe miejsce i rzuciliśmy kotwicę mając metr wody pod kilami. Trochę mało jak na szczyt przypływu, ale dokładnie przeglądając pływy wyglądało, że nie będziemy walić w nocy o dno. Końcowa faza nie obyła się bez nerwów, Moana cały dzień kochana, oczywiście zaczęła marudzić i coś chcieć od nas właśnie w czasie delikatnych manewrów. Jak zwykle kiedy potrzebujemy spokoju i koncentracji.
Po rzuceniu kotwicy i szybkim do niej popłynięciu w celach sprawdzenia trzymania (Beatka w wodzie, ja silniki cała wstecz) na horyzoncie pojawiły się czarne chmury, które szybko pokryły niebo. Szedł następny zimny front i to zgodnie z planem.
I szybko przeszedł, wiatr z północno-zachodniego w ciągu nocy zrobił się północno-wschodni i był raczej słaby, do 20 węzłów, dzięki czemu wieczór i noc minęły spokojnie, a dziś rano jedyną jego pozostałością jest spadek temperatury do 22 stopni mimo bezchmurnego już nieba. Nawet nie padało! Co to jest deszcz? Nie pamiętamy.
Wczorajsza kolacja: polędwiczka wieprzowa z grilla na różowo ze świeżymi szparagami z wody, potem sery blue i brie. Oczywiście wino czerwone, a później herbatka z rumem, w końcu to Rum Cay. Nieźle jak na zadupie świata.
Po śniadaniu będziemy eksplorować pobliskie koralowce w celach łowczych, a po lunchu popłyniemy na ląd, od mariny do wioski wiedzie droga więc Moana pojeździ na hulajnodze, a my rozejrzymy się w terenie. Po Kolumbie śladu pewnie nie ma, nawet nazwę zatoki zmieniono za czasów angielskiej administracji na Nelson. Cóż, każdy swą historię tworzy.
Najgorsze, że dwie kusze padły. W jednej pękł uchwyt gumy i nic nie da się zrobić, w drugiej drut przy gumie który zakłada się na strzałę. Ten można wymienić, ale trzeba go mieć, na razie zastąpiłem drut sznurkiem, ale to wytrzyma chwilę. W oczekiwaniu na profesjonalny sklep nurkowy na Puerto Rico do łask wróciła stara kusza pneumatyczna. Ma już na koncie jedną rybę.
Może we wiosce uda się złapać Internet, włożymy tekst i zadzwonimy. Jeśli nie uda się dodzwonić to informuję, że noga ma się lepiej, nie boli już, rano wygląda prawie dobrze, wieczorem lekko puchnie. Będę brał jeszcze przez dwa dni antybiotyki. O reszcie nie pamiętam. Mamy się wszyscy świetnie.
Jutro musimy uciekać na południe do odległego o 30 mil Clarence Town na Long Island, wiatr w ciągu dnia ma zmieniać kierunek na zbyt dla nas południowy, więc musimy korzystać kiedy będzie jeszcze dla nas sprzyjający, znaczy wschodni.
STYCZEŃ 2012
Wtorek, 3 styczeń 2012 Nassau, Bahamy
Dzień barowy, a raczej łódkowy jako że z niej nie wychodzimy. Wieje w porywach 35 węzłów czyli 60 km/h co nie jest miłą sytuacją kiedy stoi się na kotwicy. Zrobiła się fala, parę łódek podpiera się silnikami aby zmniejszyć nacisk na kotwicę i jej nie wyrwać, paru innym już się to udało więc odeszli i krążą z nadzieją na lepsze czasy. Ja obudzony wiatrem o piątej rano zająłem się porządkami na komputerze, zerkając nerwowo na pozycję GPS i czy alarm kotwiczny nie zawyje. Nie zawył.
Alarm kotwiczny to prosty sposób aby móc spokojnie spać w nocy, a nawet funkcjonować w dzień. Kiedy kotwica puszcza prawie nigdy się tego nie czuje, tylko świat się przesuwa, do czasu spotkania przeszkody oczywiście. Na GPS zaznacza się więc bieżącą pozycję i nakazuje urządzeniu powiadomić sygnałem kiedy opuści się nastawioną od niej odległość na przykład 50 stóp.
Oczywiście przygotowaliśmy się już wczoraj na przyjście nawałnicy, zmieniliśmy miejsce wbijając naszą kotwicę głęboko w piach i sprawdzając jej trzymanie naocznie będąc w wodzie i dając pełną wstecz silnikami. Dziś nad ranem żałowałem, że nie dołożyłem drugiej kotwicy na Y, zawsze to bezpieczniej kiedy dwie trzymają. Pochowaliśmy też wszystkie luźne sprzęty no i patrzymy jak temperatura z 27 stopni zjechała w parę godzin do 16. Zima idzie! A raczej leci.
Miniony Sylwester był nad wyraz udany. Zapowiadało się słabo gdyż usypiając Moanę zasnąłem i kiedy Beata obudziła mnie o 22 byłem lekko trząchnięty. Doszedłem jednak do siebie, przygotowaliśmy paterę z wędlinami, dodatki, kieliszki i do północy pękło już półtorej butelki wina w miłej atmosferze wspomnień. O północy obudziliśmy Moanę zgodnie z zawartą wieczorem umową i przy szampanie już w kieliszkach oglądaliśmy niespotykanie wspaniałe sztuczne ognie będąc w pierwszej loży jako, że na wodzie, a strzelano przed nami. Zresztą nie tylko te zaraz obok podziwialiśmy, również ognie w innych miejscach wokoło było świetnie widać z naszego miejsca. Tę pierwszą lożę oceniliśmy dopiero rano oglądając łódkę pokrytą kawałkami spalonych kartoników i sadzą.
Szalony wieczór trwał chyba do po trzeciej jak przystało na taką noc i robiliśmy różne dziwne rzeczy. Mimo bardzo słabego (acz płatnego) Internetu udało się dodzwonić z życzeniami dużo wcześniej, sześć godzin różnicy pomogło i linie nie były jeszcze przeciążone.
W Nowy Rok pobudka była marna, cóż, Moana mimo nocnych występów, jak każde dziecko była bezlitosna swoją standardową pobudką o ósmej. Jakoś przetrwaliśmy do lunchu, po którym podnieśliśmy kotwicę i z kanadyjską rodziną nauczycieli z Quebeku, Catherine, Franckiem z Vent Fou (Szalony Wiatr) i ich trójką dzieci udaliśmy się na pobliską rafę i na plażę. Dzieci szalały na trampolinie zachłystując się przestrzenią, jako że oni w piątkę żyją na niewielkim jednokadłubowcu. Guzdrałem się jeszcze kiedy wszyscy byli już w wodzie i dochodziły do mnie okrzyki typu: mamo żółw! ale ryba! Jednak dopiero na hasło: o langusta! wskoczyłem w mojej lekkiej piance do zimnej wody (25 stopni) uzbrojony już w kuszę. Franck i Beata wypatrywali langust w koralowych szczelinach, a ja trafnymi strzałami wydobywałem je na powierzchnię z 4 metrów głębokości uważając na jadowite pióra skrzydlic. I tak po dwudziestu minutach dwie rodziny miały zagwarantowaną świeżą kolację w postaci 8 dorodnych langust.
A propos skrzydlic, to takie ryby mające formę ptaka z rozpostartymi skrzydłami z tą różnicą, że są pod wodą i że na końcu każdego pióra jest wielce trujący kolec z jadem. O dziwo dotychczas skrzydlice spotykaliśmy niezwykle rzadko, ale na Bahama widzimy je za każdym razem. I omijamy.
KANADYJCZYCY – CATHERINE, FRANCK I DZIECI: CAMILLE, THOMAS, LOIC
Zakolegowana kanadyjska rodzina na początku lipca wyruszyła w swoją kilkuletnią podróż. Franck jako dziecko tak pływał z rodzicami i uczył się korespondencyjnie, a teraz mając trójkę (nie)swoich szkrabów realizuje własne marzenia (cała trójka jest adoptowana). Kupili łódkę na jaką było ich stać, najpierw spróbowali przyzwyczaić się żyć na niej w czasie wakacji na Wielkich Jeziorach aby w końcu wyruszyć w błękitną dal. Pierwszy rok finansowo zapewnia im 80% pensji wypracowany według systemu kanadyjskiego szkolnictwa, potem pozostaną im tylko wpływy z wynajętego domu i z… jakoś to będzie. Było bardzo miło, Moana mimo bariery języka świetnie się bawiła z dużo starszymi od niej dzieciakami, ale my z przyjemnością pożegnaliśmy wieczorem tornado, które przeszło przez naszą Bubu.
Chodząc po mieście dopytywaliśmy się o wielopiętrowe siedziska przygotowane przy głównej ulicy miasta. To do wielkiej parady wszystko przygotowano, odbędzie się w poniedziałek 2 stycznia o 1am czyli o pierwszej w nocy do rana. Dla nas dość smutna wiadomość ze względu na Moanę, jednak potwierdzenie, że parada potrwa do południa poprawiło nam humory.
Tak więc zerwaliśmy się o 7 aby już o ósmej zająć wyśmienite, wypatrzone przypadkiem miejsca i zobaczyć część dzienną parady trwającej właśnie od 8 do 12.
Trudno jest opisać wrażenia, każdy widział kiedyś znaną paradę z brazylijskiego Rio de Janeiro, jednak oglądanie tego z bliska wśród śpiewającego tłumu, przy muzyce przechodzących orkiestr i bębniarzy oraz patrząc na arcydzieła ludzkiej wielomiesięcznej pracy i wyobraźni potrzebnej do przygotowania strojów i wielopiętrowych ruchomych dekoracji zapierało dech w piersiach.
Każdy z indywidualnych uczestników lub grup uczestników miał do dekoracji przyczepiony numer, a chodzący wśród parady jurorzy co jakiś czas wrzucali do jeżdżących zamkniętych na kłódki urn swoje oceny, które miały wybrać najlepszych. I nie dziwił nas fakt, że przygotowania do parady trwały nierzadko sześć miesięcy, było to widać.
Kolorowo, ruchomo, głośno i absolutnie bezpiecznie, o to dbała policja i porządkowi – wszyscy się świetnie bawili, byli uprzejmi i serdeczni. Nawet kiedy już wracaliśmy na Bubu, wiele samochodów zatrzymywało się proponując nam podwiezienie. My jednak chcieliśmy się przejść po czterogodzinnym pokazie i tylko podrygiwaniu w miejscu. Wracaliśmy zachwyceni, to rzeczywiście kiedyś trzeba zobaczyć na żywo, czego wszystkim czytającym życzymy.
Zbliża się wieczór, wiatr z północnego-zachodu robi się już północny, znaczy będzie słabł i jutro rano będzie po froncie. Noc pewnie będzie spokojniejsza, kotwica wytrzymała 35 węzłów to przy 20 powinna tym bardziej. Jedyną pozostałością po strachach będzie zimnica trwająca parę dni, ale temperatura już się nie podniesie do 30 stopni. Zaczęły się dwa najzimniejsze miesiące trzeba będzie więc poszukać lata na południu. Co też uczynimy po jutrzejszych zakupach i praniu w pralni.
Środa 4 styczeń 2012
Idąc na zakupy spotkaliśmy Polaków z Toronto. Przyjechali chcąc wyrwać się na chwilę od rodziny, nic to szczególnego, jesteśmy wszędzie, ale żeby dziewczyna była z sąsiedniej ulicy mojego miasta, to niewiarygodne.
Wracaliśmy z zakupów jak zwykle obładowani. Nie chcemy jeździć taksówkami, każdy moment do chodzenia jest dobry, a zwłaszcza chcemy aby Moana jak najwięcej się ruszała. Wiadomo na łódce głównie ogląda filmy, a zabawy nie są zbyt wyczerpujące fizycznie. Staliśmy na pierwszym skrzyżowaniu kiedy podjechał elegancki 4x4, otworzyło się okienko, a miejscowy z żoną nakazał nam wsiadać no bo się ściemnia i niezbyt dobrze nas widać. Cóż, rozkaz wykonaliśmy i w ten sposób agent ubezpieczeniowy z żoną wylądowali na pomoście przy aneksie pomagając nam nieść zakupy. Chwila miłej rozmowy, na odwiedzenie Bubu i drinka nie mieli jednak czasu. Nad wyraz było to miłe.
POŻEGNANIE NASSAU I SPOTKANI POLACY
Piątek, 6 styczeń 2012
Ruszyliśmy wreszcie z Nassau - kierunek Exumas, perła Bahamów. To łańcuszek wysepek, a raczej łańcuch bo rozpościera się na długości 200 kilometrów biegnąc z północnego zachodu na południowy wschód. Ich pozycja jeszcze bardziej uatrakcyjnia pływanie, snuje się człowiek po zachodniej stronie płytką woda chroniony od oceanicznej fali i dominujących wschodnich wiatrów. Dopływamy właśnie do pierwszego kotwicowiska, pełni wody, jedzenia, energii w akumulatorach i słońca, bo choć temperatura pozostawia wiele do życzenia i po froncie jest zaledwie 22 stopnie to bezchmurne niebo i płaska jak lustro krystaliczna zimna woda (22,5 st) odpłaca nam to zamarzanie i spanie pod kołdrą.
Sobota, 14 styczeń 2012
Minął ponad tydzień. Odcięci od świata, bez telefonu i Internetu snujemy się od wyspy do wyspy. Niewiele jest do pisania, odwiedziliśmy jedyną po drodze marinę położoną na prywatnej wyspie, drogą i ekskluzywną urody nieprzeciętnej, podobnie jak wyspa na której istniała prawdziwa asfaltowa droga więc Moana hulała tam na swojej hulajnodze.
ODLOTOWA MARINA NA WYSPIE HIGHBORNE CAY
Zwiedzamy wyspy korzystając z naszego aneksu, wjeżdżamy w kanały, wewnętrzne słone jeziora. Gramy w dziury, wymyśloną przez nas grę, na plażach o piasku koloru i gramatury mąki, zawsze będąc na nich jedynymi gośćmi. Cieszymy się tym rajem, lato wróciło woda ma już 25 stopni i jest niespotykanej wcześniej przejrzystości, powietrze często 28, a słoneczko będące coraz wyżej zaczęło przypiekać nasze skóry.
Zajadamy złowione smakołyki w postaci ryb i langust lub dziwadła typu pająki morskie lub nieznane nam niby langusty zwane po francusku cigale czyli świerszcze, z podobnym do langust jadalnym ogonem, ale bez czułek. Istny prehistoryczny zwierz, trochę ohydny, za to smakowity.
JEMY ZŁOWIONE DZIWADŁA – MORSKIE PAJĄKI I ŚWIERSZCZE
Spotykamy się z załogami zaznajomionych wcześniej łódek, Moana już mówi o niektórych małych załogantach – moje dzieciaki. Cieszymy się z tych wspólnych jej momentów z innymi dziećmi. Mało ma przecież takich kontaktów.
Pojawił się znów „Vent Fou” poznany w Nassau już z zainstalowanym nowym silnikiem. Były też urodziny Herve z „Maioli” i wieczorne ognisko na plaży z grillowanymi langustami i rybami.
Wtorek, 17 styczeń 2012
Trzeba przyznać, że plaże Bahamów są wyśmienite. Dowód:
Na każdej z wysepek jest ich wiele i zawsze udaje nam się znaleźć pustą tylko dla nas. Staramy się raz dziennie pobyć na takiej z dwie godziny. Trochę spacerujemy, czasami jakaś ścieżka widzie nas w głąb lądu lub na szczyt niewielkiego wzniesienia skąd zawsze zachwycamy się widokiem.
Moana bawi się w piasku, chodzi po wodzie ciągając aneks lub pływa z maską pokrzykując z radością po zobaczeniu jakiejś ryby. Idylla panie! I jakoś dziwnie nam się taka monotonność nie nudzi.
Nie nudzi się też dlatego, że ją sobie urozmaicamy. Nie dalej jak wczoraj przenosząc się na noc z bujającego kotwiczenia na spokojne obok źle odczytaliśmy boję (kolory są odwrotne niż w Europie), a było już szarawo i wylądowaliśmy na mieliźnie mając jedynie 10 cm wody pod łódką. Jakoś przeszliśmy, a było gorąco. Kotwicę rzuciliśmy przy pięknej plaży mając 30 centymetrów wody pod kilami, tak, że jak wyszedłem z łódki to stałem obok mając wodę do piersi. Według elektroniki byliśmy na dnie odpływu więc tylko ubawiliśmy się taką sytuacją. I nie wiedzieć czemu po godzinie, kiedy było już zupełnie ciemno, zaczęliśmy walić kilami o piaszczyste dno. I tak waliliśmy przez prawie dwie godziny, aż przypływ nas podniósł. Cóż elektronika, elektroniką, a miejscowe opóźnienie robi swoje. Za to noc była piękna i spokojna.
Wieczorami w łaski wróciły Scrabble z codzienną porcją orzeszków ziemnych dla wszystkich, potem Moana je kolację, myje zęby i idzie spać przy akompaniamencie czytanej przez Beatę książeczki. Ja z ulgą wyzwolony od dziecka szykuję kolację, którą pałaszujemy popijając wino i oglądając film. Zadziwiające jakiej wprawy nabraliśmy w komponowaniu naszych zapasów i późniejszego menu. Trzeba przyznać też, że w porównaniu do innych łódek jemy bardzo urozmaicenie, nie za wiele prócz pieczonego chleba podpierając się mąką, która jest głównym składnikiem u innych ciągle piekących ciasta, robiących makarony i pizze. W zasadzie nie ma różnicy w stosunku do normalnego życia w pobliżu sklepu, jedynie jemy dużo więcej wszelakich morskich stworów pierwszej świeżości oczywiście.
Spać chodzimy dość wcześnie, dziesiąta czy w pół do jedenastej, aby wstać po dziewięciu godzinach snu. Dziwne jak organizm sam wydłużył odpoczynek, kiedyś pracując siedziało się zawsze do wpół do pierwszej, a wstawało po siedmiu godzinach i nie czuło się zmęczenia. Cóż szybkie życie to i regeneracja szybsza. Szybko też nogami do przodu…
A propos nogami. Ponieważ mój zapas tabletek na nadciśnienie jest niewystarczający na próbę postanowiłem brać je co drugi dzień kontrolując oczywiście ciśnienie. Sprawdziłem po pierwszym ominiętym dniu - 130/78, postanowiłem odpuścić następny i znów 130/78. No to zupełnie przestałem je brać. Minęło dziesięć dni i za każdym badaniem mam idealne wyniki. Czyżby rzucenie palenia 10 miesięcy temu przyniosło rezultaty? No i nie przytyłem jak inni. Dbamy o to bez wysiłku. Żadnych ciasteczek, chipsów przegryzek oraz mało chleba, pyrów, mąki. Jedynie wieczorem po posiłku trochę sera i czekolada oraz podwieczorkowe orzeszki. Za to piwa do woli i jakoś lustrzycy brak. Podobnie brak zdrowotnych przypadłości, jedynie jakieś niewielkie rozcięcie, cos tam wbite w stopę i wyjęte igłą. Żadnych nawet katarów mimo ganiania na mokro na zimnym wietrze. Zadziwiające. (To takie zdrowotne informacje dla rodziny)
Wydarzeniem było zwiedzanie świetnie zachowanego wraku dwusilnikowego samolotu przemytników narkotyków. Trochę już obrośnięty koralem był siedzibą tak wielu ryb, że postanowiłem koło niego zapolować. Ryb było wszędzie pełno do czasu kiedy pojawiłem się z kuszą. Wszystkie się natychmiast schowały, zapewne nie byłem pierwszym z takim pomysłem. Nawet ryby się uczą. Dowodem na to było przepłynięcie przez Exumas Parc, w którym od dawna obowiązuje zakaz polowań. Tam wielkie sztuki podpływały do nas zaciekawione nic sobie nie robiąc z naszej obecności, a langusty wychodziły z dziur aby na nas popatrzeć z bliska i zagrać nam na czółkach jak na nosie. Oczywiście ręce świerzbiły, byliśmy sami, ale oczywiście jesteśmy za zachowaniem takich miejsc dla potomnych no i umożliwiających stworom swobodną regenerację gatunku.
Od czasu restauracji w Nassau oraz pobranej nauki zdzierania z nich skóry jemy conche na surowo w sałacie, lub pieczone na grillu po natychmiastowym obróceniu. Wczoraj zrobiliśmy je po raz pierwszy a la krewetki w oliwie, czosnku i pietruszce. No cud to był. Trochę byliśmy już zniesmaczeni konchami gotowanymi, które mają wtedy specyficzny, dość mocny smak. Jednak jedzenie ich na surowo dało zupełnie nowy wymiar tym wielkim muszlowym ślimakom i wróciły one do naszego menu również w marynowanej postaci.
SYMBOL BAHAMAS – WSZYSCY JEDZĄ KONCZE CZYLI SKRZYDŁOWCE OLBRZYMIE
Dotarliśmy do emblematu Bahama, co to zawsze na widokówkach się pokazuje. Jako że to miejsce parkowe kotwiczenie nie jest dozwolone więc wiele jachtów miotało się na płatnych parkowych bojach. My z Vent Fou zakotwiczyliśmy dalej dopływając milę aneksem do budynku Dyrekcji Parku. Jest na tej wyspie szczyt o wysokości … 16 metrów zwany Boo Boo Hill czyli czytane BuBu jak nasza łódka. Żeglarze odwiedzający to miejsce pozostawiają na nim deseczki z nazwami łódek, datami, taka fontanna co to się pieniążek wrzuca. My też nie omieszkaliśmy zachować tradycję, ale z braku deseczki podwiesiliśmy do czyjejś naszą blaszkę z piwa.
POZOSTAWIAMY NASZ ŚLAD NA SZCZYCIE BOO BOO HILL
Od strony oceanu fala jest wielka i uderzając w skaliste w tym miejscu nabrzeże wpycha się w różne szczeliny wyskakując w postaci fontanny w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Niekiedy woda nie wyskakuje tylko z dziury wydobywa się podmuch powietrza, nawet takiej mocy, że wrzucony do niej kamień wylatuje w powietrze.
Zwiedzanie wielkich wewnętrznych rozlewisk to zawsze przygoda. Trzeba zawsze zwracać uwagę na pływy sięgające tu metra, aby nie dać złapać się zbyt niską woda i nie taszczyć aneksu po piachu. Oczywiście pływy tego typu powodują bardzo silne prądy w przejściach między wyspami a głębią oceanu. Niekiedy płynąc aneksem z połową mocy stoimy w miejscu. Odwiedziny plaż od strony oceanu to też odwiedziny śmietnika naszej cywilizacji. Wszystko co pływa, a co spłynęło rzekami lub zostało zabrane z brzegu lub łódek przez wiatr trafia z falą na brzeg. Tam w parku zbiera się to czasami na kupy, ale to syzyfowa praca.
PIĘKNE WEWNĘTRZNE LAGUNY I ŚMIETNIK ŚWIATA OD STRONY OCEANU
Ponad dziesięć dni od Nassau i od ostatniego znaku życia danego rodzinie. Tyleż samo od ostatnich zakupów, więc niewiele pozostało w lodówce. Jeszcze mamy w zamrażarce jagnięcinę i włoskie ostre kiełbaski, steki i pałki kurze, ale zaczyna brakować świeżych warzyw. Dni są podobne jedne do drugich, czyli plaża, pływanie, plaża, pływanie, itd…
Stałam się samotnikiem w pewnym sensie. Jak przypomnę sobie naszą przyjaźń z Harmoony, Nelly i Francois, to mam czkawkę, dzisiaj nie wyobrażam sobie aż takiego uzależnienia trasy, wieczorów, dni spędzanych razem.
Tutaj terytorium jest absolutnie okupowane przez Kanadyjczyków z Quebeku. W zasadzie, wszystkie napotkane jachty mają kanadyjską flagę i są francuskojęzyczne. Nie sposób więc nie zagaić z jednymi lub drugimi. Poznajemy więc ludzi z różnych statków, rozmawiamy, nasze dzieci bawią się razem. Jest fajnie, a na dodatek dzięki temu udaje nam się uzyskać ciekawe informacje, mapy i wskazówki dotyczące pływania po tym bardzo skomplikowanym bahamskim terytorium. Jeśli Informacje są tym korzystnym „za”, to takie znajomości jak na mój gust bywają uciążliwe. Najczęściej ludzie ci mają wielkie zapotrzebowanie na wspólne z innymi spędzanie czasu przy posiłkach. Zapraszają się w południe, na kawę, a nawet wieczorem. Ja (a nawet my), jak już pisałam powyżej preferujemy te momenty spędzać w naszym własnym sosie. Lawirujemy więc między odmawianiem zaproszeń, a przez to samo ograniczamy do minimum konieczność zapraszania ludzi do nas w ramach rewanżu. Momenty spędzane razem z nimi na plaży lub na wycieczkach zupełnie nam wystarczają.
Lubię naszą samotność, dążenie ścieżkami, które sami wytyczamy, zaczynam się dławić jak musimy cokolwiek uzależniać od innych. Dla przykładu, parę dni temu byliśmy gotowi na eksplorację korala od strony Atlantyku już wczesnym popołudniem (była wyjątkowa pogoda – zero wiatru i płaskie morze, co zdarza się nie lada rzadko), ale czekanie na kompanów zajęło nam półtorej godziny. Zrobiło się za późno i za zimno, żeby eksplorować korale, bo już barrakudy i inne drapieżniki szykowały się do polowania na nas.
PŁYNIEMY RAZEM Z VENT FOU I LATAJĄCYMI DZIEĆMI
Przypomniało mi się pewnego ranka jak inaczej funkcjonowałam onegdaj. Jak na Mazurach, po których corocznie pływałam wraz z moim byłym mężem, czaiłam się głównie na miejsca „cywilizowane”, jak wtedy dążyłam głównie do tego by dobić do brzegu, skąd było dojście do miasta i udać się do knajpy, bilard klubu, dyskoteki. Cóż byłam młoda…. Teraz rajcują mnie miejsca maksymalnie samotne i dzikie. Chyba się po prostu zdążyłam wyszaleć, a może obcowanie z ukochanym starszym ode mnie bądź co bądź 15 lat spowodowało przedwczesną ochotę na spokój i ciszę. Co oczywiście nie znaczy, że nie czuję się nadal 20-letnią młódką. Tylko inaczej.
Zadziwiają mnie czasami mistyczne uczucia jakie rodzą się nagle do naszego statku. Czasami, kiedy jest już czarna noc, wychodzę na wiatr, głaszczę kopułę i mam wrażenie, że ta żelkotowa skóra poddaję się moim dłoniom jak kocie futro. I mruczy. Jest niezawodna, super funkcjonalna (co jeszcze bardziej sobie uświadamiamy po wizytach na innych, jednokadłubowych statkach), szybka, no i po prostu miła dla oka. Bardzo kochamy naszą Bubu, a myśl o zbliżającym się momencie jej sprzedaży napełnia mnie strachem, przeczuciem, że będę bardzo za nią tęsknić.
Miło jest obserwować zainteresowanie Moany fauną i florą. Potrafi długie chwile spędzać sama nie tylko na zabawie, ale również na obserwowaniu jaszczurek czy mrówek. A my na obserwowaniu jej rozwoju. Satyra w krótkich majteczkach:
BEATA i MOANA WIECZOREM W ŁAZIENCE (ja słucham)
M: mamo, jak długo trzeba myć te zęby?
B: trzy wierszyki, to zaczynamy: wlazł kotek na płotek i mruga, a wiesz Moana, że mogą być też trzy zdrowaśki.
M: ?
B: zdrowaś Mario, łaskiś pełna ………, hm, wlazł kotek na płotek i mruga.
BEATA I MOANA PATRZĄC NA REKINA
M: mamo, mamo, rekin!
B: rzeczywiście, trzeba pójść popływać aby zrobić zdjęcie, ale sama się boję
M: to ja pójdę z tobą i będę cię pilnować?
B: a jak mnie zje?
M: to obciach będzie! (pierwszy raz słyszymy to słowo z jej ust)
DARU I MOANA W SKLEPIE
M: tato, loda
D: idź szukaj orzeszków bo już nie ma
M: dobdźe
D: znalazłaś?
M: nie, pójdę zapytać się pani (i znika)
M: (wróciła) zapytałam się
D: ale jak, przecież pani nie mówi po polsku?
M: no po zagranicznemu: djribiwsnv, kdejncvidio, jfsuc, orzeszki?
WYCIECZKI W GŁĄB I ZJADANY NA KUBIE FUTRZAK
Coraz częściej spotykamy rekiny. Są to niegroźne rekiny zwane po francusku nourrices, żerujące jak hieny w portach czekając na odpadki. Jednak spotkanie w wodzie, zwłaszcza w czasie polowania z kuszą kiedy krew jest w wodzie, za każdym rekinem jest niebezpieczne. Moje dzisiejsze face a face zmusiło mnie do zaprzestania prób zdobycia kolacji.
PIERWSZE SPOTKANIE Z REKINEM I SJESTA ZAKOCHANYCH
Piątek, 20 styczeń 2012
Wyszliśmy właśnie ze Staniel Cay i małego miasteczka z pasem startowym i dwoma sklepami. Znów odbudowaliśmy zapasy, głównie warzywno-owocowe, jako że zamrażarka ciągle pełna z powodu zbyt wielkiej ilości upolowanych i zjedzonych morskich stworów.
NIEGROŹNE REKINY I PIĘKNA MARINA NA SAMPSON CAY
Nie dalej jak wczoraj na kolację było cudowne spaghetti z morskich ślimaków w sosie pomidorowo-cukiniowo-squashowym (squash po angielsku – po polsku nie wiemy, coś z rodziny cukinio-kabaczkowatych).
Zaopatrzenie w takich wyspowych sklepikach zależy od dnia, im bliżej dostawy (w środy) tym więcej jest w sklepie. Generalnie było niezłe, nie było tylko zielonych ogórków i grejpfrutów.
Miejsce słynie z filmu o 007 czyli Jamesie Bondzie z odcinka o nieznanej nam polskiej nazwie, w oryginale „Thunderball” czyli kulisty piorun w tłumaczeniu. Zwiedziliśmy oczywiście miejsce z filmu, którym jest nieprzeciętnej urody podwodna grota dostępna przy odpływie.
Grota była przepiękna, oświetlona od góry dziurą w „suficie” i wieloma podwodnymi przejściami łączącymi ją z jasnym zewnętrzem. Zachwyca nad i pod wodą, zasiedlona jest bowiem setkami kolorowych ryb świetnie widzianych dzięki wspomnianemu słonecznemu światłu wpadającemu spod wody.
JAK PRZYSTAŁO BUBU W KADRZE FILMOWYM PRZY GROCIE 007
Dziś rano pojechaliśmy jak zwykle na plażę, aby z niej zrobić pieszą wycieczkę klifami od strony oceanu. Moana tym razem dzielnie przeszła całą trzykilometrową pagórkowatą pętlę nie marudząc zbyt wiele. Morska bryza - zapowiedź pasatów, szum fal rozbijających się o skalne półki, horyzont bez granic oświetlony słońcem to znów chwile bezgranicznego szczęścia, jakich doznajemy tu wiele zachwyceni tak urodą krajobrazów jak i samotnością wśród natury.
Wracając spotkaliśmy załogę „Maloya” wypływającą właśnie z groty, a że nasza łódka była obok zjedliśmy na niej wspólny lunch. Kiedy my rozmawialiśmy popijając już kawę trzy dziewczynki szalały na trampolinie i widać było, że Moana nauczyła się obserwując starsze dzieci z „Vent Fou” wieść prym, wieszała się więc na linie, właziła na kopułę i dach, aż w końcu zaprosiła je do swojego dużego pokoju aby pokazać zabawki.
Pożegnaliśmy gości i podnieśliśmy kotwicę aby z dość niewygodnego i hałaśliwego kotwicowiska przy grocie popłynąć dalej na południe do Black Point. Kotwicowisko dało nam się we znaki głównie w nocy, zmienne prądy kręciły Bubu, kotwica często była za łódką, a jej łańcuch szorował o dno kadłubów budząc nas.
Kiedy niezbyt odległe miasteczko na sąsiedniej wyspie było już dobrze widoczne ukazał nam się las masztów. Black Point jest końcowym punktem dla wielu, którzy tu albo zawracają, albo wychodzą na ocean nie mogąc płynąć dalej na południe zachodnią stroną wysp z powodu zbyt płytkiej wody wahającej się od 1,5 do 2,5 metra.
Tu właśnie zawracają poznani Polacy, Maciek i Leszek, starsi panowie mieszkający na Florydzie, którzy wyrwali się od niepływających łódką o nazwie Maciejka 2 na męską wycieczkę. Poznaliśmy się na przystani, witając ich po polsku kiedy wsiadali do aneksu o nazwie Maciejka właśnie. Popłynęliśmy później aneksem do „Zatoki Świń”, miejsca gdzie na plaży i w wodzie buszują dzikie świnie i zawitaliśmy do nich na herbatkę z rumową wkładką.
A NIECH CIĘ PŁYWAJĄCA ŚWINIA POWĄCHA
Oczywiście mimo krótkiej wizyty rozmowom nie było końca, a opowieść Maćka o nielegalnym przekroczeniu granicy amerykańskiej z Meksyku do USA z żoną przenosząc dzieci przez Rio Grande była niesamowita.
Wracając do wątku, widząc las masztów w oddali skręciliśmy raptownie o 90 stopni na wschód i po pół godzinie klucząc wśród mielizn znaleźliśmy się w pustej zatoczce z plażą i skalistym klifem aby tu samotnie spędzić wieczór i noc. Tak lubimy.
Niedziela, 22 styczeń 2012
W zatoce spędziliśmy samotne dwie noce. Wdrapaliśmy się na klify aby popatrzeć na okolicę i Bubu z góry. Na plaży robiliśmy to co zwykle, z tą różnicą, że jest zamieszkana przez iguany, które zapewne dokarmiane, pojawiły się natychmiast kiedy zobaczyły nas zbliżających się aneksem do niej i podchodziły na zbyt bliską jak dla mnie odległość. A wie to człowiek co zrobi taki mały smokopodobny zwierz. Oczywiście Moana z początku uciekała przed nimi, aby po chwili, już przyzwyczajona, z zaciekawieniem im się przyglądać z bardzo bliska.
Rano upolowałem z trudem dwie ryby. Mało ich było generalnie, a te, które się trafiały chowały się natychmiast w koralowe zakamarki i nijak nie dało się ich stamtąd wywabić.
Drugie, popołudniowe łowieckie podejście było lepsze i ciekawsze. Dość szybko trafiłem małego Schoolmastera z rodziny Snapperów, aby po chwili dojrzeć na głębszej wodzie ławicę Bar Jacków. Pierwszy trafiony wyzwolił się od strzały i uciekł krwawiąc, a kiedy naciągałem gumę aby móc oddać nowy strzał kątem oka dostrzegliśmy rekina. Był niewielki, z półtora metra, jednak wiemy, że do największej ilości wypadków z rekinami dochodzi właśnie w czasie polowań, kiedy to krew jest w wodzie i rekiny dostają szału.
IMPONUJĄCA PŁASZCZKA (2 metry rozpiętości)
Inne zwierzęta z rodziny rekinowatych też się pojawiły, mowa o płaszczkach, tu błękitnych i nieprzeciętnie wielkich, mających dwa metry rozpiętości, napawających nas respektem. Trzymając się aneksu dostrzegłem trafioną rybę, wokół której kręciły się inne wielkie Bar Jacki. Poprawiłem strzał i po chwili kolacja znalazła się w aneksie, wraz ze mną nie chcącym być kolacją dla czegoś innego.
Jest coś czego nie rozumiemy. Podnieśliśmy kotwicę i milę dalej znaleźliśmy następną plażę i klify jeszcze piękniejsze niż te poprzednie i równie puste. Decyzja była natychmiastowa, kotwica w dół i znów spędziliśmy dobę w samotności przy bezkresnej plaży. I tego właśnie nie rozumiemy, widzimy na horyzoncie dziesiątki jachtów płynących od jednego wielkiego kotwicowiska do drugiego gdzie spędzają czas w hałasie aneksów, z widokiem głównie na sąsiednie łódki. Czemu?
NASZE SAMOTNE CUDA – TEN PUNKT DALEKO NA SKALE TO GNIAZDO
Wycieczka na klif była niespodzianką. Widoczna z dołu piramida na szczycie okazała się nie kupą kamieni ułożonych przez turystów tylko olbrzymim gniazdem orłopodobnej pary wielkich ptaków. Mimo, że nie zbliżaliśmy się zbyt blisko, zdenerwowane naszą obecnością podlatywały do nas z krzykiem próbując nas odpędzić.
Na plaży bezczelne iguany wchodziły nam prawie na koc, ale miło było leżeć i obserwować z tak bliska te przedpotopowe stwory. Objazd okolicy aneksem nie przyniósł łowczych rezultatów, jedynie 48 wielkich ślimaczych muszli wylądowało w worku podwieszonym na dobę przy Bubu (w celu wyczyszczenia się ze śluzu i odchodów). Znów zrobimy z nimi kluseczki i zalewę octowo-oliwną. Mniam.
GRUDZIEŃ 2011
Wtorek, 6 grudzień 2011
Od tygodnia snujemy się dalej po Florida Keys wypatrując światełka nadziei na okienko pogodowe, które wypchnęłoby nas na Bahamy. Dni mijają wolniej lub szybciej, zajęć mamy mniej lub więcej, wychodzimy na stały ląd lub nie wychodzimy, czyli tak naprawdę żadnej rewelacji do opowiedzenia tym razem nie ma.
Po Boot Key stanęliśmy już przy Key Largo w pierwszym dogodnym miejscu. Przez lornetkę wypatrzyłam marinę, więc zasugerowaliśmy się, że będzie też i pomost dla aneksów. Okazało się, że marina należy do prywatnego klubu i wstęp na jego teren (jak i cumowanie przy pomoście) przysługuje tylko i wyłącznie jego członkom. Niemniej jednak udało nam się uzyskać zgodę na pozostawienie aneksu na krótki czas, wyszliśmy „do miasta”. Główna arteria (numer 1) była blisko, Key Largo jest bardzo długą, ale i wąską wyspą, po obydwu jej stronach są jakieś knajpki, banki, hoteliki i składy łodzi, znalazł się też profesjonalny supermarket dla nurków, dzięki czemu weszłam w posiadanie nowiutkich płetw (stare pękły w połowie). Spacery wzdłuż tej autostrady nie są największą przyjemnością jaką można sobie zafundować, ale na szczęście wzdłuż jezdni wije się też chodnik dla pieszych i rowerów, Moana może więc w miarę bezpiecznie jechać na swojej hulajnodze. Jednak najzabawniejsze jest przejście przez tą drogę na drugą stronę. Oczywiście świateł dla pieszych nie ma, trzeba się więc przyczaić i czekać na „dziurę” w notorycznym ruchu, a jak się takowa pojawi przebiec jak najszybciej. Cóż, niezbyt to rozsądne, szczególnie z dzieckiem, ale nie mamy wyboru.
Kolejnym naszym kotwicowiskiem była następna zatoka, Tarpon Bay, gdzie odkryliśmy wybudowany niedawno (więc nie umieszczony jeszcze na mapach) pomost dla aneksów, znajdujący się w malutkim parku publicznym zaraz koło gmachu policji i urzędu gminy. To okazało się istnym cudem. Można było też legalnie i bezpłatnie zostawiać śmieci (a nie wyrzucać po kryjomu gdzie się uda) oraz pobrać wodę. No i niedaleko znajdowała się jedna z najbardziej wysławionych perełek morskiej wyżerki, czyli Fish House. Dwukrotnie daliśmy naszym żołądkom możliwość rozkoszowania się wybornymi faktycznie owocami morza, rybami, a nawet i żeberkami (świńskimi!!!).
Trzeba zwrócić uwagę, że w każdej restauracji przy podawaniu menu, przynosi się dziecku kredki, kolorowanki czy inną atrakcję. Zapewnia to spokój rodzicom na dłuższy moment. Pomysł świetny, w Europie nie spotykany, a jakże prosty.
W relatywnie niedalekiej odległości (1,2 mili) był też żeglarski sklep West Marine, gdzie nabyliśmy flagę Bahamów, no i na szczęście hipermarket Publix oraz Kmart – jedno z najbardziej ulubionych miejsc na nasze prawie codzienne spacery (drogo nas to wyszło).
„PRZYKLEIŁO SIĘ GÓWNO DO BURTY I MÓWI: PŁYNIEMY”
Byliśmy też pełni nadziei na spełnienie potrzeb Moanki, dowiedzieliśmy się, że nieopodal znajduje się okrzyknięty dwa razy najlepszym w Stanach, park stanowy „John Pennekamp Coral Reef”. No brzmi nieźle, miały być i plaże i wycieczki piesze oraz możliwości snorekellingu. Udaliśmy się więc radośnie w to zacne miejsce, ale niestety – pogoda się skiepściła, to raz, fala na plaży była duża, a woda zimna jak w Bałtyku (21 st.) , to dwa, plaże trudno wręcz było nazwać plażami, ot jakiś kawałek ziemi pokryty drobnymi kamyczkami i kawałkami korala, to trzy. Wszystkie więc warunki zostały spełnione, aby owe miejsce nie zostało przez nas zaliczone do ziemskich rajów. Jedyną atrakcją był amerykański ślub zorganizowany na plaży. Dużo hałasu o nic, ale śmiesznie było pooglądać lekko pijaną pannę młodą w nader wysokich koturnach (wyglądała na herod-babę, hi hi), wszystkie inne panie wystrojone na letni upał, drżące więc z zimna, ale zachowujące poważne miny i facetów z rozmemłanymi koszulami popijających jedno piwo za drugim.
Siedzieliśmy na kocu nieopodal patrząc rozbawieni, a dla weselnego towarzystwa to Moana stanowiła większą atrakcję. Tańczyła do muzyki lecącej z głośników robiąc artystyczne figury tak zabawnie, że stała się obiektem fotografów.
Ledwo dotrwaliśmy do przysięgi, zimny wiatr wywiał nas z parku, poza tym nadchodził zmrok, a przed nim chcieliśmy wrócić na Bubu.
I tak dzień za dniem mijał sobie, ja oczywiście uprawiałam codzienne sportowe pływanie wokół łódki, Daru raczej nie odrywał się od komputera, a Moanka od bajek, a od pewnego czasu od farbek, które ostatnio pokochała. Postanowiliśmy tkwić w tym miejscu do oporu z uwagi na bardzo dobry Internet, który był nam niezbędny do ciągłej obserwacji pogody oraz do kontaktów telefoniczno-skypowych, których jednak nie było za wiele gdyż inna praca komputerowa pochłaniała nam zbyt wiele czasu.
Przedwczoraj bum! Jest! Pojawiło się okienko, a wręcz okieneczko pogodowe do przeskoku przez gulf stream. Przygotowaliśmy się więc do jazdy i dzisiaj już wyszliśmy na zewnętrzne wody Florydy. Przeszliśmy przez kanał Angelfish, co do którego mieliśmy pewne wątpliwości głębokościowe i do przejścia którego przygotowywaliśmy się bez końca. Przeszkód nie było, najmniej mieliśmy 0,8 metra pod kilem, na dodatek na najniższej wodzie (wariaci jesteśmy).
Teraz stoimy na boi stanowej (boje są zainstalowane w celu ochrony rafy, jest ich po parę sztuk w różnych rewirach). Strasznie buja, jesteśmy przecież na otwartym morzu. Jakoś musimy to wytrzymać do jutra. Startujemy o 4 rano. Cieszę się bardzo, już czułam się trochę więźniem Florydy, tak jak to było w zatoce na Grand Cayman, gdzie wchodząca fala zamykała nam wbrew woli drogę do wyjścia. Gdybyśmy teraz nie skorzystali z okazji płynięcia musielibyśmy tu zostać jeszcze przynajmniej tydzień, jak nie dłużej. W tak mało ciekawym otoczeniu byłoby to w mojej opinii stratą czasu.
GRANICA GOLFSTREAMU – KOLOR I TEMPERATURA ZMIENIAJĄ SIĘ NAGLE
Tak, upływał dzień za dniem, monotonie jak praca kasjerki w hipermarkecie. Jedynym wielkim wydarzeniem były spotkania z manatami. Wszędzie na Keys są tabliczki, że to teren tych morskich krów, żeby uważać etc. Zaczęliśmy już powątpiewać w ich istnienie.
Popłynąłem po wodę i kiedy odcumowałem aneks od pomostu stojąc i dając się odpychać od lądu wiatrowi, jeszcze bez silnika w zupełnej ciszy usłyszałem za sobą głębokie sapnięcie. Odwróciłem się i z pięć metrów od siebie zobaczyłem nozdrza wystające z wody na podobę krokodyla. Hm, jesteśmy na granicy parku narodowego Everglades, rezerwy aligatorów, ale tu aligator? I w tym samym momencie zrozumiałem widząc olbrzymie cielsko przetaczające się przez wodę aby na końcu machnąć mi w powietrzu szeroką wielką płetwą. To był manatee czyli chyba manat po polsku, z rodziny syren (ciekawe!). Stałem z rozdziawioną gębą, trochę przestraszony czterometrową wielkością tego morskiego stwora, którego waga dochodzi do pół tony. Fascynujący był widok tego ssaka wynurzającego się jeszcze ze dwa razy aby zaczerpnąć powietrza.
Po powrocie na Bubu i delikatnej tym razem jeździe aneksem (w celach ochronnych – nie wiadomo tylko kogo, siebie czy stwora), naopowiadałem się Beatce o moim spotkaniu z nadzieją, że może i ona zobaczy to dziwadło. Nie trzeba długo było czekać, następnego dnia, kiedy siedziała już z płetwami na tylnym schodku gotowa aby wejść do wody i stracić w swoje panoszące się zbędne kalorie, zaczęła krzyczeć, choć szybko! Za Bubu wyłonił się grzbiet manatee, dużo jaśniejszy i mniejszy, nie pokazał też swojego imponującego ogona, ale przeżycie było ogromne. I radość.
MANATY (ang. Manatee lub morskie krowy – co to ma z krową wspólnego?)
Dziś jest 6 grudnia czyli dzień św. Mikołaja. Moana już od paru dni o niczym innym nie mówiła. Wiadomo, wykorzystywaliśmy sytuację i straszyliśmy ją, że jak będzie niegrzeczna to Mikołaj prezentów nie przyniesie. Wczoraj wieczorem przygotowała kubek z wodą dla Mikołaja i marchewki dla reniferów.
Kiedy zasnęła Mikołaj przyniósł śpiewającego renifera, owoce i cukierki oraz nową piłkę z uchwytem, prezenty które to znalazła dziś rano.
Środa, 7 grudzień
Jest trzecia w nocy, nie mogę spać. Nastawiony na czwartą budzik już nie zadzwoni. Po cichu włączam komputer, przyrządy nawigacyjne, na końcu silniki, aby dać jeszcze parę minut Beacie, która wyskakuje po chwili zaspana i pyta: ale będę mogła jeszcze się położyć?
Tak, odepnij nas tylko od boi i idź spać.
Ruszamy, księżyc prawie w pełni już zachodzi, ale dzięki niemu widzę nawet boję rybacką przyuważoną nieopodal wieczorem, omijam ją i obliczam kurs. Rachunek jest prosty i na oko:
dziesięć godzin płynięcia, Golfsztrom około 3 węzłów razy pierwiastek z 2 (płyniemy pod kątem 45 stopni do niego) i razy 10, daje z 20 mil przesunięcia na północ. Odmierzam więc 20 mil na południe od Bimini co daje kurs 95 stopni. Znaczy mamy płynąć lekko na południowy wschód aby wylądować na północy. Hm.
Płynie się słabo, spora fala w mordę, podobnie jak wiatr, którego miało nie być, Beatka pojawia się więc szybko, hałas silnika przy głowie i walenie wody nie dają jej spać. Położę się w salonie, mówi.
Podobnie jak o kanale Angelgfish Creek i o przejściu przez Golfsztrom naczytaliśmy się sporo, że przy wietrze z kierunków północnych zwykle woda się gotuje i przejście nie jest możliwe, że trzeba czekać przynajmniej jedną dobę bez wiatru lub z kierunków południowych czy zachodnich. Angelfish należało przejść w końcowej fazie przypływu, my znaleźliśmy się przy wejściu do niego w końcowej fazie odpływu i poszliśmy jak na skazanie, ale przeszliśmy bez żadnych problemów.
Przejście w tym miejscu przez Golfsztrom, prócz wydarzeń związanych z prędkością prądu, obfituje również we wzmożony ruch statków, odradza się więc nocne przeprawy nieprzyzwyczajonym do takiego pływania żeglarzom, ale to chyba nie o nas pisali.
Jak pisali tak było, naprawdę dużo się działo, a wiadomo nocą ma się inne postrzeganie więc wszystko podszyte jest strachem.
W pewnym momencie dwa wielkie statki płynęły z przeciwnych kierunków i miały według AIS skrzyżować się ze sobą, na dodatek w miejscu gdzie za chwilę miała znaleźć się Bubu, pchana głównie prądem i trochę silnikami. Elektronika jednak to piękna rzecz, zanim zobaczyliśmy zmianę układu świateł wielkiego kontenerowca, na ekranie zaznaczył się ruch steru tego statku i wiadomo było, że nas ominie tyłem. Tak więc jeden przeszedł przodem o trzysta metrów, drugi w tym samym momencie tyłem o taką samą odległość. I niby trzysta metrów to dużo, ale nocą i to, że każdy z nich miał właśnie trzysta metrów długości dodawało poczucia skali naszej małej łupinki.
Podobnie jak Moana o Mikołaju my marzyliśmy o własnej najświeższej z możliwych rybie. Ciągniecie wędek po wewnętrznych wodach nic nie dawało, ani nocna podróż z Fort Myers do Key West. Ustaliliśmy więc, że tym razem na pewno złapiemy coś. A wiadomo przecież, że wiara czyni cuda więc zaraz po wschodzie słońca zaterkotał kołowrotek i 80 centymetrowa koryfena wylądowała na pokładzie Bubu w upojnym śnie wiecznym spowodowanym nadmiarem Ginu (jeszcze w podbieraku wlewamy mocny alkohol rybie pod skrzela, co usypia ją natychmiastowo, a nam ułatwia zdejmowanie jej z haka i obniża poziom wyrzutów sumienia).
Kiedy piszę te słowa, przyjemny zapach zupy rybnej roznosi się już po Bubu, a porcje na wieczornego grilla i lunchowe sushi leżą w lodówce. A ile radości było, a babrania się. Na dodatek do Bimini jeszcze tylko 15 mil i to kursem jaki nastawiłem na początku, ma się tego nosa. Zwłaszcza dużego!
Piątek, 9 grudzień
Jadąc do nowego kraju wyobrażamy sobie o nim różne rzeczy. Głównie są to obrazy zapamiętane z filmów, widokówek jakichś, haseł kojarzących się z miejscem. Dla każdego zapewne Wyspy Bahama kojarzą się z plażami, palmami i wiecznymi wakacjami, trochę też podatkowymi związanymi z nazwą Nassau. Dla mnie bliskość USA dodatkowo jakoś działało mi na wyobraźnię i widziałem przez jej pryzmat zadbane bogate miejsca, strefy wolnocłowe, hotele, restauracje, kluby nurkowe, no i kryształową wodę.
A tu bach, jak obuchem w głowę. 40 mil od Miami i przyśpieszony powrót na Jamajkę, lub gorzej, na Saint Vincent. Prócz witającej nas oleistej kryształowej rzeczywiście wody reszta to był po prostu syf.
Zaczęło się od zadziwiająco źle oznaczonego wejścia do portu. Na szczęście okienko pogodowe przygnało tu wiele Amerykańskich jednostek znających teren więc płynąc za kimś jakoś dotarliśmy do jednej z marin i to my później pomagaliśmy innym. Zacumowaliśmy i udałem się do urzędu celnego i imigracji położonych nieopodal. Pierwsze wrażenie znane nam już było z większości wysp post brytyjskich (jak to dumnie brzmi: Imperium brytyjskie, hm) - czarno. Wyłącznie, jedyni snujący się biali byli przybyszami z łódek.
Po wejściu do urzędu celnego zastałem wszystkich jedzących lunch przy biurkach widzianych przez niewielkie dziury w bardzo przyciemnionych szybach. Na moje pytanie czy to lunch time, odpowiedziano, że nie i zaraz znalazł się ktoś do obsługi. Oczywiście po wypełnieniu nieskończonej ilości papierów przeze mnie następne papiery wypełniała celniczka, pozwolenie na pływanie, na łowienie ryb, na import czasowy łódki, aneksu, silników, kuszy, żony, dziecka, oj coś się zapędziłem. Załoga była tylko na dwóch listach. Wszystko przez kalkę jak za dawnych lat i w bardzo miłej atmosferze, za 300 USD.
Z celnicy udałem się do immigration, czyli wopistów. Tam znowu papierki i papierki, ale bez płacenia tym razem. Wracałem na Bubu spoglądając na rudery, śmieci, po które nikomu się nie chce schylić, trochę z żalem za tak bliskimi i zadbanymi Stanami. Korzystając z tego, że staliśmy na nabrzeżu przechodząc koło monopolowego zakupiłem zgrzewkę piwa (24x340 ml) za jedyne 40 USD, które są ekwiwalentną walutą do miejscowej. No tanio nie jest, przynajmniej dwa razy drożej jak w Stanach.
Cóż, pozostawać w porcie nie chcieliśmy wiec odpłynęliśmy od razu w kierunku zaznaczonego na mapie kotwicowiska. Znaczy próbowaliśmy bo po odpłynięciu 50 metrów staliśmy już na mieliźnie.
Kryształowa woda plus silny prąd, nie mówiąc o złych oznaczeniach sprawiły, że stanęliśmy nagle w piachu (więc niegroźnie). Zaraz ktoś pomachał, wsiadł na motorówkę aby nas wyciągać. Miło, że tak od razu, ale nie musieliśmy korzystać z tej pomocy. Trochę wstecznego gazu, trochę obrotów w miejscu i oswobodziliśmy się sami. Kotwicowisko okazało się miejscem przy wyspowym zakładzie energetycznym, którego agregaty hałasowały i smrodziły niemiłosiernie. Obraz nędzy i rozpaczy. Wybraliśmy więc inne, na południu bliźniaczej wyspy, czyli Południowej Bimini. Tam przekonaliśmy się znowu, że większość przewodników i książek żeglarskich to bzdety. O Bahama pisze się, że po przybyciu absolutnie nie wolno rzucić nigdzie kotwicy, należy zrobić najpierw odprawę, płacąc za nią oczywiście dodatkowo jeśli jest już po godzinach lub w weekendy. Na kotwicowisku stały już dwa jachty, amerykański i kanadyjski, oba z żółtymi flagami i bez zamiaru robienia czegokolwiek przed dniem następnym, mimo, że były to jeszcze godziny biurowe. Nikt tego nie kontroluje.
Opcja wybrania tego miejsca szybko okazała się słuszna, bo już w nocy z zupełnej ciszy podniósł się północny silny wiatr i z siłą 25 węzłów trzy razy włączył nam alarm kotwiczny, który pozostawiamy na noc kiedy kotwica nie trzyma na beton. A trzymać nie chciała, pod tym, co wydawało się piaskiem i trawą była twarda płyta koralowa więc nasza Delta tylko trochę była zagłębiona. Stwierdziliśmy to od razu idąc popływać w cudownej i już w miarę ciepłej wodzie (25,5 st.).
Ku naszej radości zobaczyliśmy też muszle conch, co zapowiadało zmianę menu na dzień następny, jako że na ten złowiona ryba była już gotowa do grillowania.
Dzień następny był dla Moanki. Wreszcie wymarzona prawdziwa plaża. Zaczęło się od zbierania na niej szkła. Uzbierano trzy garście i dziecko mogło biegać po plaży jakiegoś wymarłego ośrodka i mariny, w której umierały trzy jachty.
Zapytany o zgodę ochroniarz powiedział, że wszystko jest czynne, tylko otwarte po południu, bar i restauracja, a z basenu możemy korzystać kiedy chcemy, i że wszystko no problem! Tu znów różnica ze Stanami, tyle, że odwrotnie, tam wszystko private and no trespassing.
Wyplażowaliśmy się do woli, co więcej na skałkach znaleźliśmy ślimaki morskie, których całe moanie plażowe wiaderko miało dopełnić konczową kolację (Word poprawia ciągle, więc niech już będzie konczową według wymowy).
Po południu mieliśmy iść na długi spacer, ale rozpadający się i darmowy busik zawiózł nas spod naszej rozpadającej się do innej mariny. Ta już całą gębą była jak należy, nawet miała niezbędnych urzędników celno-granicznych. Jedynie brakowało gości. Wszędzie pustki. Cóż, to chyba jeszcze nie sezon. Sklepu nie znaleźliśmy więc wróciliśmy częściowo piechotą, jako że mnie z Moaną zabrał znów po drodze znany nam darmowy busik wyjący reggae. Tak więc szybciej od Beaty wylądowaliśmy w mniej już wymarłej ”naszej” marinie, Moana w basenie, a ja w barze sączyć tutejsze piwo Kalik, o niebo lepsze niż wszystkie amerykańskie sikacze razem wzięte. Jakiś pozytyw w końcu.
Miło jest tak wieczorem być razem, w innym miejscu, a w tym samym domku. Takie ciepełko rodzinne, Moana ogląda bajki na łapanych o dziwo numerycznych programach telewizji amerykańskiej, my przygotowujemy zebrane w południe i już ugotowane koncze, w szybkowarze pogwizdują ślimaki. Po kolacji Moana zniknęła w swoim pokoju, my obejrzeliśmy francuskie wiadomości, Tak, tak, jest w Miami taki program, w którym pokazuje się codziennie główne wydania dzienników telewizyjnych, francuskich i niemieckich, oraz gościnnie, jakiegoś wybranego kraju europejskiego. Francuskie interesowały nas bardzo i oglądaliśmy codziennie jak Euro się wali, a w ramach jasełek obejrzeliśmy wiadomości białoruskie, ruskie i węgierskie.
Dziś od rana wybieraliśmy się do Alice Town, znaczy na North Bimini. Postanowiliśmy pognać na nią aneksem choć to ze trzy mile, zwiedzić, zjeść lunch i zrobić jakieś zakupy.
Lekko tylko zlani wodą zostawiliśmy aneks w Big Game Marina, miejscu gdzie chodzą słuchy o Hemingwayu, pisał o tych wyspach, siedlisku piratów kiedyś, ale czy był tu?
Zwiedzanie było mało efektowne, brak chodników komplikował Moanie jazdę na hulajnodze. Na poczcie odesłaliśmy poleconym nasze amerykańskie karty wjazdowe, dojdą za dwa lub trzy tygodnie, choć przez wodę to tylko 40 mil.
SIŁY SZYBKIEGO REAGOWANIA W ALICE TOWN (Wyspa Bimini)
Próby znalezienia knajpki w miasteczku spełzły na niczym, wylądowaliśmy więc w marinie na zupełnie dobrym lunchu w klubowej atmosferze i z Internetem w roli głównej. Dzięki niemu i prognozie pogody postanowiliśmy płynąć dalej dziś w nocy. Jutro wieczorem zmiana pogody, więc to ostatnia szansa na ostatnią naszą drogę na północ do Grand Bahama Island.
Po lunchu spędziliśmy miłe chwile na świetnej plaży, potem były zakupy w sklepie a la wiejski, i już gnaliśmy na Bubu aby podnosić kotwicę.
Zaczęło się trefnie, w jednym z silników nie działała pompa wodna, jednak klucz i duży śrubokręt załatwiły sprawę – pasek klinowy pompy został naciągnięty jak należy. A potem było już tylko trefnie. Z początku szliśmy na żaglach, za to od razu po zmroku trafił nam się na kolizji holownik ciągnący olbrzymią barkę. Spotkaliśmy się już dwa dni temu, więc wiedzieliśmy co to za monstrum. Z pomocą radaru jakoś się minęliśmy o 200 metrów, tym razem nie mieliśmy pierwszeństwa. Potem, wbrew zapowiedziom pogodowym wiatr wiał tylko w dziób, więc były silniki, silniki i silniki. Znaczy łeb jak dynia, ogólne wibracje i fala waląca od spodu z hałasem wybuchu. O kiwaniu nie wspomnę. Takie płyniecie jest do zerzygania. Dosłownie.
Całe szczęście, że Moana znosi to bez zarzutu, ogląda bajki, je kolację uśmiechnięta jak zawsze. My mniej, noc katorgi przed nami, przecież nie zawrócimy, a nocą stawanie gdzieś w nieznanym miejscu jest zbyt ryzykowne. Daleko meteorologii do nauk ścisłych.
Katujemy się tak od 18, zmieniłem właśnie Beatkę, która na swoją turę przysypia w salonie, jest 4h33.
Golfsztrom dał jeszcze, już chyba ostatni raz, znać o sobie. Płynęliśmy jeszcze na żaglach kiedy to straciliśmy sterowność. Stało się coś dziwnego, wiatr zniknął raptownie na chwilę, włączyłem silniki, ale sterowności odzyskać całkowicie nie mogłem. Przy pełnych obrotach miałem prędkość równą zeru. Co się dzieje mówię do Beatki siedzącej przy komputerze. Jak to co, pyta, płyniemy trzy węzły, według GPS. Znaczy masa wodna Golfsztromu przesuwała nas na północ z prędkością trzech węzłów, ale na niej prąd powierzchniowy pływów księżycowych (dziś jest pełnia) płynął z prędkością czterech w przeciwną stronę! Takie to dziwadło było.
Kiedy weszliśmy w Nortwest Providence Channel (na wysokości Hillsboro na Florydzie) zaczęła się zabawa z wielkimi wycieczkowcami. Już na AIS widzieliśmy ten cyrk, wokół nas zaroiło się od statków i co chwilę za lub przed sobą mieliśmy pływającą choinkę pełną pasażerów żądnych wątpliwych wrażeń. I tym razem szliśmy w poprzek wszystkich żeglownych szlaków, ale tak żółwim tempem, że nawet nie próbowaliśmy robić jakichkolwiek manewrów. Mamy światła, po nich widać, że też pierwszeństwo – niech chłopaki walczą jednym palcem na sterze. My walczymy inaczej, o przeżycie w tym bagnie oświetlonym na szczęście księżycowym światłem.
Wtorek, 13 grudzień
Trzydzieści lat minęło od pamiętnej daty. Znów obchody, jak to u nas przystało, tragicznej rocznicy. Wszystkie rocznice u nas smutne i najważniejsze, nawet ta 3 maja, niby to konstytucja, ale pośrednio dzięki niej straciliśmy niezależny byt.
Kiedy 13-ego grudnia 1981 roku w Wiedniu obudził mnie smętny Chopin dochodzący z radioodbiornika polskich sąsiadów zza ściany, a że nie byli oni wielbicielami muzyki klasycznej, zaraz pomyślałem, że ktoś umarł – pewnie papież. W przerażeniu poznanej już sytuacji - odcięte linie telefoniczne, niejasne wieści, że może to ruscy idą z bratnimi armiami jak do Czechosłowacji kiedyś, nawet się egoistycznie ucieszyłem. Ja, student czwartego rozpoczętego już roku architektury po decyzji pozostania na zachodzie, wysłałem listem poleconym do dziekana podanie o skreślenie mnie z listy studentów (kopia i dowód gdzieś mam). Tyle walki było o te dość elitarne studia, a tu przeczucie i samozachowawcza odwaga gówniarza wszystko niby zniweczyły. Moja mama rwała sobie włosy. Mimo tej decyzji jakieś wątpliwości pozostały, byłem w końcu młodym, niedoświadczonym człowiekiem. Dzień 13 grudnia stał się więc przełomowy i dla mnie, taka kropka nad „i” rozwiewająca moje wszelakie wątpliwości co do zmiany miejsca zamieszkania.
Oczywiście z listy studentów skreślony zostałem, nie na moją prośbę jednak, a przykładnie za niestawienie się na studia. Ówczesny dziekan nie wykazał się postawą obywatelską tylko służalczą jak wiele innych osób w tych czasach i nie tylko tych.
Polacy mają żal do Aliantów za wrzesień 1939. Znany nam gnój i tchórzostwo polityczne nie jest tylko polską specjalnością, wystarczy przeczytać książkę, którą właśnie skończyłem, „Buntownicy” Lenne Olson, o dojściu Churchilla do władzy aby zrozumieć Anglików i nie mieć żadnych złudzeń co do mechanizmów niby demokratycznych rządzących życiem partii politycznych. W każdym kraju podobnie. Współcześnie u nas wystarczy przypomnieć sobie partie, których członkowie nigdy nie mieli odwagi przeciwstawić się liderom ciągnącym je na zatracenie, jak na przykład Krzaklewskiego, który spowodował zanik z sejmu AWS, czy dziś Kaczyńskiego likwidującego powoli stworzony przez braci PiS.
Jakoś tak jest, że każdy z liderów staje się apodyktycznym bandziorem co to nabrał, miast politycznej ogłady, wyłącznie wyśmienitą zdolność pociągania partyjnymi sznureczkami. Z drugiej strony prócz bezwzględnego sposobu zarządzania partią również ich siła charakteru (nie koniecznie pozytywna) nie pozwala innemu konkurentowi stanąć na równi i zrobić przewrót. W PiS nie znalazł się nikt na miarę Kaczyńskich i to mimo prób wykreowania kogoś takiego.
A Anglicy? No nie mogli pomóc Polsce we wrześniu, polityczne rozgrywki temu nie pozwoliły, a w konsekwencji stan kompletnego nieprzygotowania kraju do wojny. Mogli jedynie zrzucić parę bomb na koleje mosty i zakłady niemieckie co by było mile widziane, a co więcej, utrudniło by faszystom późniejsze szybkie zbrojenie się, ale nawet to nie było politycznie możliwe. A zresztą głupi Polacy czego wtedy oczekiwali? Po Czechosłowacji i Finlandii? Wszystkich Chamberlain wystawił wtedy do wiatru dlaczego nie miał wystawić Polaków?
Niedziela, 18 grudzień
Podobało nam się na Grand Bahama, którą właśnie opuściliśmy. Wprawdzie wyspa jest nie najlepiej ułożona geograficznie - ze wschodu na zachód, co nie daje ochrony przy dominancie wiatrów wschodnich, ale wykopane wewnętrzne porty ułatwiają życie żeglarzom wszelkiej maści. Bell Channel i Lucaya to miejsce, które wybraliśmy i słusznie, znaleźliśmy tam małą okrągłą zatoczkę gdzie zakotwiczyliśmy. Było blisko do pięknej plaży, 5 minut aneksem do głównej mariny i zapewne byśmy tam zostali na święta, ale zew odkrywczy i niemożliwość korzystania z pobliskiej rafy zmusiły nas do dzisiejszego wypłynięcia i skierowania się na południe do Berry Islands. Właśnie położenie wyspy i notoryczne fale na plaży uniemożliwiały korzystanie z tej rafy.
Kontrast pomiędzy Grand Bahama a Bimini, był taki jak pomiędzy Flordą a Bimini. Wszędzie było widać pozostałości po bumie gospodarczym, porty, kanały, wille, kondominia, baseny itd. Większość wymarła zaraz po kryzysie w USA. Podobnie jak na Florydzie wszędzie widać działki na sprzedaż, domy, mieszkania, których właścicielami są zapewne częściowo banki po odebraniu własności nieudanym kredytobiorcom. Dziś te mieszkania na sprzedaż są tańsze niż w Warszawie, nic tylko sprzedawać i emeryturę tu spędzać w miłym klimacie. Wyludnione są też centra handlowe zrobione z butików, które nabierają życia jedynie po przywiezieniu do nich białotrampkowców, czyli pasażerów wielkich wycieczkowców.
Podobnie było na plaży publicznej. Kiedy po raz pierwszy na nią poszliśmy byliśmy jedynymi gośćmi wśród z 20 miejscowych pracowników przygotowujących leżaki, skutery, knajpkę, czyszczących traktorem piasek z alg. Jakaś ekonomiczna bzdura, pomyśleliśmy. Niebawem jednak z autobusów wylała się szarańcza i zasiadła na leżakach przy walącej muzyce i hałasie skuterów. Szybko oddaliliśmy się od tego miejsca i więcej tam nie poszliśmy pozostając na uboczu i w relatywnej ciszy przerywanej pędzącymi skuterami. Na szczęście podobni goście nie pojawiali się codziennie.
MOANA POD FALĄ I NA FALI (szukaj na googlach: Moana Pozzi)
Tydzień minął niedostrzegalnie. Dni były podobne, Moana dużo oglądała filmów ponieważ niezabezpieczony przez kogoś router dawał świetny dostęp do Internetu, odcinki Pixie, Dixie i Pana Jinksa stały się jej ulubioną rozrywką podobnie jak malowanie. Codzienne plażowanie, popołudniowe wyjazd do miasta na lody czy zakupy i spacer z nieodłączną hulajnogą wypełniały nam czas. W końcu dostrzeżone okienko pogodowe spowodowało wczorajszy wyjazd publicznym busikiem do centrum Freeport do sklepu na świąteczne zakupy. Sklep okazał się o 50% tańszy od tego koło mariny, a publiczny busik zjechał z trasy aby nas do niego zawieźć za drobną dopłatą oczywiście. Mijane okolice przypominały zadbaną Florydę, dobre drogi, ładne budynki i znajome nazwy typu Burger King, KFC czy Domino Pizza. Czuło się tu amerykańską, turystyczną i inwestycyjną obecność, choć część inwestorów czy sieci po kryzysie wycofała się z powodu braku klientów. Zakupy były olbrzymie, tam gdzie płyniemy na nic liczyć nie możemy z wyjątkiem langust i ryb złowionych przez nas. Może.
Wieczorem wróciliśmy do turystycznej wioski położonej przy marinie zwanej Lucaya Marketplace, aby rozdzielając się dokonać zakupów pod choinkowych. Moana po zjedzeniu swojej codziennej porcji lodów tańczyła na głównym placyku w rytm świątecznej muzyki, a ja napawałem się ciepłą wieczorną bryzą siedząc wśród imponujących dekoracji świetlnych i patrząc na wielką choinkę dającą niepowtarzalną atmosferę świat. Eh, życie!
czwartek, 22 grudzień
Do najbardziej wysuniętej na północ z wysp Berry, Great Stirrup Island przypłynęliśmy wczesnym popołudniem. Silny wiatr i działające silniki ładujące nasze mocno rozładowane przez ostatnie dni akumulatory (brak wiatru i notoryczne chmury oraz Moana przy komputerze) sprawiły, że darliśmy prawie cały czas 9 węzłów i przypłynęliśmy dwie godziny przed planem. Kotwicę rzuciliśmy na południowym cypelku wyspy w małej pustej zatoczce z plażą. Byliśmy sami. Taka nasza oaza niezbyt uczęszczana, co normalne, kilowe jachty mają zbyt duże zanurzenie i dość trudno im się poruszać na Wyspach Bahama, jako że są tu wielkie płycizny, takie wypłycenia do horyzontu ze średnią na przykład 2,5 metra. Trochę się tu pływa z duszą na ramieniu, zwraca większą uwagę na pływy sięgające prawie metra.
Doceniamy więc nasz katamaran z zanurzeniem 115 centymetrów, ale i tak mając 50 cm pod kilami pływa się niepewnie. Przekonaliśmy się o tym w „naszej” zatoczce stojąc przy odpływie na kilach i sterach. Na szczęście dno było mięciutkie – pulchny piach i trawy.
Zaczęło się wreszcie normalne życie. Moana odkrywała podmorskie cuda, pierwsze nasze polowania z kuszą, zbieranie karakoli (ślimaków), plażowanie na cudnej, czyściutkiej i bez ludzkiej stopy plaży. Żyć nie umierać. Do podmorskich cudów zaliczyć trzeba też wielkie płaszczki i skrzydlice w niespotykanej dotąd ilości. Te ostatnie to takie rybki przypominające wolno poruszające się ptaki z rozczapierzonymi piórami co to na końcach tych niby piórek mają mocno jadowite kolce. Brr.
NASZA NA CHWILĘ PRYWATNA PLAŻA
Wiatr zmienił kierunek na południowo wschodni i trzyma do dziś. Coś niewiarygodnego, jak chcieliśmy mieć taki to czekania nie było końca i jeśli się pojawiał to słaby i przez parę godzin przy przejściu zimnego frontu. A teraz? Od czterech dni wieje 20 węzłów z ESE i ma tak wiać dalej. A my katowaliśmy się 18 godzin pod wiatr i fale płynąc nocą z Bimini do Great Bahama.
Wybraliśmy się też na zwiedzanie wyspy. Niezbyt daleko od nas, idąc przez las, był rodzaj nabrzeża usypanego z kamieni gdzie przybił omijając nas o parę metrów płaskodenny statek przewożący maszyny budowlane. Uszkodził swoje wrota do zjazdu maszyn i sterczał w nadziei na naprawę. Jak wszędzie szuka się taniej siły i statków, ten był z załogą i banderą Hondurasu. Pogadaliśmy trochę z marynarzami i poszliśmy drogą wiodącą koło latarni morskiej w stronę widocznych daleko zabudowań. Minęliśmy puste helikopterowe lotnisko, tablicę w krzakach mówiącą o tym, że to teren prywatny Norwegian z zakazem wchodzenia, poszliśmy więc dalej.
Kiedy dotarliśmy do wielkiej budowy zrozumieliśmy dlaczego przy wyspie od północnej strony dzień wcześniej stały dwa wielkie pasażery. Otóż linie morskie Norwegian zakupiły wyspę i wybudowały ośrodek, przy którym pasażerowie statków wylewają się z ich brzuchów i za pomocą małych stateczków przypływają na ląd gdzie leżakują, pływają, latają na spadochronach ciągnięci za motorówkami i gnają na skuterach. Miejsce wybrano ładne ze względu na plaże i zatokę ze skałkami i rafą, trochę jednak wszystko wygląda sztucznie, jako że otwarto go w lutym, palmy są świeżo zasadzone, porcik właśnie został wyrwany z gruntu więc wokół piętrzą się białe wapienne góry, wszędzie też trwa budowa. No i wszędzie jest wściekły tłum białotrampkowców. O dziwo właśnie takie śnieżnobiałe obuwie preferują pasażerowie takich statków.
Pokręciliśmy się trochę po terenie nie nagabywani przez nikogo i skierowaliśmy się przez budowę w kierunku naszego końca wyspy. Kiedy już znikaliśmy rozległy się gwizdki.
Będąc w połowie drogi doścignął nas quad.
Gdzie my idziemy? pyta zdenerwowany jegomość z krótkofalówką w ręce.
Na łódkę, odpowiadamy.
Ale statek jest w przeciwnym kierunku!,
No nie, my idziemy na swój.
O rany, my już was wszędzie szukamy, widziano oddalającą się parę z dzieckiem, a my mamy odpływać.
No i tak zakłóciliśmy niechcący działania Linii Norwegian ze statkami o nazwach, Norwegian Sky, Norwegian Jewelery i pewnie Norwegian coś tam jeszcze. Nie mylić z innymi, którzy kupili już wcześniej sąsiednią wyspę, których statki noszą nazwy Majesty of the Seas, Monarch of the Seas, które widzieliśmy dzisiaj. Zapewne inne ich statki to King of the Seas i Queen … . Taka zabawa.
Wybraliśmy się też aneksem na łowy wzdłuż skalistego brzegu wyspy. Znaleźliśmy podwodne skałki z rafą i zaczęło się. Langusty, jedna po drugiej lądowały we wiadrze (w sumie 5 sztuk), postanowiliśmy zrobić z nich dwie kolacje, jedną „nature”: w oleju z oliwek i maśle z czosnkiem, drugą dziś z makaronem w jogurcie na ostro. Złowione trzy ryby wylądowały w zalewie octowej (szykujemy święta) i w żołądku Moany.
Dziś rano podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy na południe płynąc płycizną Great Bahama Bank w poszukiwaniu nowego miejsca na spędzenie Wigilii.
NOCNI GOŚCIE BEATY (ja śpię, a ja sprzątam po kolacji)
Dopływając w pobliże Great Harbour Cay obserwowaliśmy na dnie ślady stępek statków trących o dno aby dopłynąć i zaopatrywać to miejsce. Wszędzie jest 2,5 – 3 metry głębokości. Rzuciliśmy kotwicę i aneksem udaliśmy się do Mariny aby czegoś się dowiedzieć. Na miejscu internet okazał się za słaby aby zadzwonić i przekazać najbliższym, że żyjemy, a miasteczko usytuowane było dokładnie obok zakotwiczonej Bubu. Takie małe jest, że go nie zauważyliśmy przypływając.
Piliśmy piwo walcząc z Internetem, a Moana zniknęła w sklepiku typu szwarc, mydło i powidło. Po chwili wyszła mając w ręce koszulkę z wyszytą nazwą wyspy. Ja oczywiście ją skrzyczałem, że znowu coś ukradła (typowe u niej, nie rozumie jeszcze, że nie można od tak sobie brać), Beata pognała oddawać towar. Okazało się jednak, że koszulkę kupił jej młody chłopak za jedyne 25 dolarów i poszedł. Czytaliśmy o niezwykłej uprzejmości i sympatii tutejszych mieszkańców, no ale bez przesady!
Wróciliśmy na Bubu i zamiast do miasteczka popłynęliśmy aneksem za cypel sprawdzić czy widziana z daleka plaża i dobrze chroniona zatoczka będą idealne na święta. Są. Jutro tam się przeniesiemy po porannych odwiedzinach w miasteczku i może lunchu. Trzeba zobaczyć przecież jak tu jedzą. Jest to przecież też część bogactwa naszej podróży.
Piątek, 23 grudnia 2011
Czas przemija bardzo szybko, dni niezauważalnie biegną i się kończą, nasze codzienne rytuały odbywają się bez zakłóceń. Jak na razie Bahamy dają nam coś, co przynajmniej dla mnie jest bardzo ważne: spokój, bezludne miejsca i totalne oderwanie od rzeczywistości. Pewnie dlatego właśnie czas zatraca swoje znaczenie i staje się niewidzialny. Życzę wszystkim, żeby choć raz w życiu zaznali takiego uczucia.
Nawet brak możliwości komunikacji z Polską, bez urazy, bywa czasami miły. Takie błogie poczucie bezradności, nie da się i już, trudno. Ale szybko wraca ochota na przekazanie wieści i usłyszenie miłych głosów, szczególnie w tak niezwykłym momencie, jakim są gwiazdkowe święta.
Wracając do wysp Bahama po feralnym początku na Bimini, obrazie nędzy i rozpaczy, przyszedł czas na „normalne” widoki – czyste i zadbane. Tylko znów te pustki. Tak jak na kotwicowiskach jest to ultra miłe, tak w miasteczkach wywołuje we mnie niepokój. Często odczuwałam dziwny żal, jakiś taki ścisk, że tak atrakcyjne miejsca, wytworne hotele, eleganckie kondominia, a nawet wille są puste. Nigdzie wcześniej aż tak amerykański kryzys nie był odczuwalny.
Z ludźmi lokalnymi mamy niewiele do czynienia, ale te rzadkie kontakty są bardzo miłe, wielka serdeczność i szerokie uśmiechy są na porządku dziennym. Bardzo nam się odmieniło poczucie wolności w stosunku do Stanów, to znaczy nie widuje się tutaj aż tak wielu zakazów wkraczania. Możemy zatem bezkarnie opanowywać puste plaże, przechodzić przez prywatne tereny, podpływać do pomostów w marinach i nikt na nas nie krzyczy, ani nie przegania! Miło.
Woda. Jest krystaliczna. Podczas bezwietrznej pogody dno widać doskonale w każdym szczególe. Jest zimna. Szczytem zdarza się temperatura dochodząca do 24 stopni, z reguły kręci się jednak wokół 22. Nasze pianki wróciły do łask (ostatnio używane na Kanarach!), inaczej nie bylibyśmy w stanie wytrzymać półgodzinnego polowania. Moana po pięciu minutach już woła brrrr!, wkładamy ją więc do aneksu żeby pilnowała złowionych już okazów. Ale tego polowania też jest niewiele, trzeba mieć szczęście żeby trafić na skupisko skałek dające schronienie rybom i langustom. Generalnie na kotwicowiskach przeważa dno piaszczysto-trawiaste, więc życia w nim nie za wiele, za to kotwica dzięki temu wszędzie wyśmienicie trzyma.
Jesteśmy przy Great Harbour Cay, mniej więcej po środku Berries (Berry Island). Mamy miasteczko przed sobą, jeszcze nie wiemy jakie, czy znajdziemy w nim Internet i w miarę dobrze zaopatrzony sklep. Zaraz idziemy na eksplorację mam nadzieję, że uda się połączyć z najbliższymi i świątecznie ucałować.
Wszystkich tych, których nie usłyszymy też serdecznie ściskamy i życzymy wielu wielu ładnie zapakowanych prezentów pod choinką.
Spróbujemy też wrzucić ten tekst na bloga i zapewne będzie to ostatnia taka możliwość. W związku z nią:
ŻYCZYMY WSZYSTKIM NAJBLIŻSZYM TEGO CO ZWYKLE W TAKIM PRZYPADKU. BUŹKA WIELKA I OBY NIKT W NOWYM ROKU NIE PRÓBOWAŁ EWAKUOWAĆ SIĘ NA TAMTEN ŚWIAT.
Na koniec jeszcze mały prezent dla Włodziusia i Irka: Moana lat trzy i komputer. Uczcie się!
Wtorek, 27 grudnia 2011
Święta, święta no i już po, jak to zazwyczaj bywa. Były wyśmienite.
Beatka wiele się nie rozpisała, nie potrafi się skoncentrować gdy za dużo się dzieje wokół niej.
Tak, święta były wybitne. Nasze kotwicowisko przy wiosce okazało się dobre do załatwienia podstawowych spraw. W marinie, do której popłynęliśmy aneksem, znaleźliśmy Internet, ale słaby i jedynie pobraliśmy pogodę, sprawdziliśmy maile. Szef mariny, Joe, z pradziadków Polaków, zaproponował nam świąteczne miejsce w marinie za połowę ceny czyli 60 centów za stopę. Podziękowaliśmy z uśmiechem, mariny to nie nasze ulubione miejsca.
Po południu popłynęliśmy aneksem na plażę za cypelek, aby upewnić się czy widziana dzień wcześniej zatoczka nadaje się na świąteczny czas. Nadawała się, więc postanowiliśmy przenieść się tam w wigilię rano.
ALE SZOPKA – JEZUS ISTNIEJE W NASZEJ WYOBRAŹNI, JAK ZWYKLE
W przeddzień poszliśmy do miasteczka zobaczyć co zacz. Prawdziwy koniec świata. Jednakowoż pobliska siedziba Norwegian i drugiej kompanii wycieczkowej zapewnia ludziom pracę. Codziennie rano motorówki zawożą ludzi do pracy aby wieczorem wykonać drogę powrotną. W tych miejscach karaibskich uciech przygotowują oni posiłki, obsługują bary, sprzątają plaże, rozkładają leżaki itp. Obsługują też motorówki ciągnące na spadochronach różowe truchła czy pilotują wycieczki na skuterach zwanych przez nas palaczami (z filmu Waterworld).
Na wyspie mieszka 800 mieszkańców, jest więc sklep, szkoła, klub bilardowy, rozpadający się plac zabaw, boisko do kosza i wszechobecny śmietnik. Nikt nie ma idei posprzątania leżących butelek, plastikowych i innych śmieci. Pozostałością po białej zadbanej cywilizacji jest policjant w galowym mundurze mówiący często do białego gościa Sir.
Sklepik miejski zaopatrzony był względnie dobrze, podstawowo. Niewielkie zakupy zrobiliśmy w nim wracając z lunchu, na który wybraliśmy się na drugą, oceaniczną stronę wyspy do Beach Clubu.
Wszystko było by świetnie, minęliśmy znaną nam marinę, ruinę klubu golfowego i nieczynne, choć koszone jego pola, kiedy to ciągnięta na hulajnodze przez Beatkę Moana pacnęła nieszczęśliwie twarzą na asfalt. Rozcięcie brody wyglądało tragicznie, wprost pod igłę lekarza. Kiedy chusteczką higieniczną próbowaliśmy zatamować krwawienie wyjącej bidulki pierwszy jadący samochód zatrzymał się przy nas. Pomóc? - zapytał miejscowy kierowca jadący gdzieś z kolegą.
Po chwili siedzieliśmy w aucie jadąc do klubu plażowego z nadzieją, że znajdziemy tam jakieś rozwiązanie rozciętej brody.
Klub okazał się plażową zrujnowaną pozostałością własnej świetności, ale chociaż był czynny. Barmanka na naszą prośbę szybko nalała rum na chusteczkę, która wylądowała na ranie jeszcze bardziej wyjącej Moany. Okazało się, że to jedyny środek medyczny w barze, a kiedy nasze pytanie o plaster zawisło w powietrzu, jedyny klient przybytku, miejscowy pracownik jedzący swój sandwicz, powiedział, że zaraz coś się znajdzie. Wstał i szybko pognał do siebie do domu, aby po chwili wrócić z plastrem, który natychmiast znalazł się na brodzie uspokojonej już Moany. I tak lubię zimne mięso, powiedział dojadając swój zimny hamburger. Miło, nieprawdaż?
W barze wybór był żaden, ale kotlet schabowy panierowany znalazł się w moim żołądku. Takie to było miejscowe żarcie.
Powrót na hulajnodze okazał się miły, o brodzie już zapomniano choć przyświecała jeszcze myśl o konieczności zszycia.
W marinie znaleźliśmy Internet z jakiejś knajpki, tak więc zainteresowani mogli przeczytać następną porcję naszych przygód, a głosy najbliższych umiliły nam wizje osobnych, nie pierwszych i nie ostatnich zapewne świąt. Tego wieczora ubraliśmy razem choinkę, którą Moana dodekorowała swoimi plastikowymi sztućcami. Nastała prawdziwa atmosfera świąt kiedy zaczęły na niej mrugać lampki.
Nasza samotna zatoczka z plażą okazała się bardziej niż zacna, jedynie później, przy bezwietrznej pogodzie, muszki meszki (no-see) dały nam zdrowo popalić.
Wigilijny dzień polegał głównie na gotowaniu. Barszcz, uszka, pierogi ruskie, nóżki (a raczej wieprzowina i wołowina) w galarecie, ćwikła. Ryba w zalewowej galarecie była już przygotowana wcześniej.
Jedyne napięcie przy pracach kuchennych wynikło kiedy postanowiłem z reszty ciasta pierogowego upiec bułkę. Beatka jako przeciwniczka pieczywa, białego zwłaszcza (nie żeby nie lubiła, to w ramach dbania o linię) sceptycznie była do tego nastawiona. Zrobiłem zaczyn z wody, drożdży, cukru i mleka, dodałem trochę mąki do reszty ciasta i jeszcze raz je wyrobiłem. Problem w późniejszym czasie jeszcze się pogłębił, bułka urosła i wyszła jak nigdy, a Beatka nie mogła się od niej oderwać zachwalając ją w niebogłosy klnąc jednocześnie na swoją słabość. He, he.
Poszliśmy z Moaną szukać pierwszej gwiazdki z czym nie było problemu, jako że Jowisz oświetlał wodę wokół nas w czasie księżycowej ciemni. Kiedy wróciliśmy okazało się ku radości Moany, że pod choinką pojawiły się prezenty.
Kolędy w tle, rozgwieżdżone niebo, i my przy świątecznych tradycyjnych daniach. Sami. Piękne to było. Trochę zdjęć na pamiątkę, kupa śmiechu, no i prezenty przed deserem, naszym ukochanym ciastem Panettone.
To były pierwsze Moanowe święta z jasnością umysłu, radości więc z prezentów było co niemiara. A to ciuchcia wypełniona tic-tac’ami, a to fikający miś Puchatek na patykach (misie patysie, pamiętacie?), a to wiatraczek z cukierkami Hello Kitty, czy czekoladowe pieniążki. Ja dostałem mała dobrą wycieczkową lornetkę, a Beatka piękną wieczorową sukienkę w sam raz na sylwestra w Nassau.
Tradycyjne dania w każdej kuchni to dania biedoty. Tej w dziejach było najwięcej i to ona budowała podstawową kuchnię. U nas w święta były to dania zimowe z tego co można było przechować, zakopcować. Stąd pierogi ruskie to ziemniaki, cebula, ser (krowy były i w zimie), mąka, ćwikła to korzenie - buraki i chrzan, barszcz też baza z kopca czyli burak lub u innych grzybowa z suszonych kiedyś grzybów. A pamiętacie ohydny kompot z suszu śliwek? Też suszone w celach zachowawczych owoce. Oczywiście jako specjalne pojawiały się świąteczne wiktuały z zabójstwa świni, czyli wędliny i nóżki. Te moje ulubione nóżki to trochę bieda, trochę sposób konserwacji, nie było kiedyś żelatyny. Dziś kiedy już mamy hipermarkety i dostępność truskawek czy czereśni w środku zimy, większość dań naszych niedawnych przodków zatraciła rację bytu. Jemy je niekiedy tylko na święta. I o to chodzi bródka, są dzięki temu specjalne. Hej.
Pierwszy dzień świąt to plaża, świąteczne śniadanie i znów plaża. To taki nasz prezent od nas dla nas, bo plaża był cudna i tylko nasza. Moana wykazuje wiele inwencji i potrafi bawić się w piasku godzinami, coś tam sobie opowiada, nuci, niekiedy tańczy. Bawimy się też razem, gramy trochę w piłkę, trochę w berka, rzucamy talerzem zwanym freesbee (jakoś tak się to pisze), rozwiązujemy krzyżówki (dzięki Elu).
Czwartek, 29 grudzień 2011
No dobra, drugie podejście, płyniemy do Nassau, morze jest cukierkowo spokojne, Moana ogląda bajki, a Daru czyta książkę więc może uda mi się skoncentrować. A więc…
Święta, święta no i już po, jak to zazwyczaj bywa. Były wyśmienite!
Nie wiadomo co takiego kryje się w tej świątecznej tradycji, ale niezależnie od podejścia religijnego do sprawy rodzi się wtedy w sercach takie miłe uczucie miękkości, tak jakby owijało się ono aksamitem. Inaczej patrzy się na bliskich, inaczej myśli się o bliskich, nerwy i irytacja są dużo trudniej wywoływane. Ogólne ciepło. Bardzo cieszyło mnie obserwowanie Moany, która po raz pierwszy w pełni mogła docenić świąteczny nastrój. Mniej cieszyło mnie jednak, że głównie była zainteresowana tym, co da się wrzucić do żołądka, a szczególności babką Panettone. To był kompletny szał, budziła się co rano z pierwszymi słowami – a czy dostanę babki?, a czy mogę tic-tac’a?, a czy dasz mi czekoladkę pieniążka?, a cukierka? Itd., itp., bez granic jest niestety w tym temacie. Jedyny sposób na odciągnięcie jej od myśli o jedzeniu, to przebywanie na plaży, tam zamiast jeść jest w ciągłym ruchu zarówno w wodzie jak i poza nią, choć i tak zdarza się przybiec do mnie, zajrzeć do plażowej torby i zapytać co mam do jedzenia. Staramy się nad tym panować i chyba nam się udaje, bo wygląda na to, że brzuszek Moanki się zmniejszył i ogólnie zrobiła się odrobinę smuklejsza. Wyciąga się, jak to się mówi.
Ludzie trzymają na święta w wannach żywe karpie. My hodowaliśmy pod łódką remorę. Remora to jest taka ryba, która przysysa się do brzucha rekina lub innej dużej ryby i z nią płynie korzystając z darmowych kąsków. Wygląda jakby pływała do góry brzuchem, ma na głowie owalną przyssawkę, ogólnie nie jest zbyt urodziwa. Zdarza się, że przyczepia się nawet do nurków, ale nie jest niebezpieczna dla człowieka, choć złowrogo patrzy jej z gęby. Do tej pory widzieliśmy takie ryby tylko raz, jeszcze z Bartkiem, na Saint Barth. Pamiętacie opisywaliśmy je, ale nie wiedzieliśmy wtedy dokładnie o co chodzi. Teraz zakolegowani z tym jednym dorodnym okazem mieliśmy okazję przyjrzeć się mu dokładnie. Zuzia, bo tak Moanka dała naszej rybce na imię, przyssała się do naszej Bubu jak staliśmy przy miasteczku w Great Harbour Cay. Ukazała się mi pod wodą, gdy po powrocie z całodniowej wycieczki do miasteczka i rozmowach świątecznych z rodziną brałam szybką morską kąpiel o zmroku. Troszkę się przestraszyłam, miała prawie metr długości, ale po stwierdzeniu, że nie jest to żaden rekin zawołałam Dara, żeby do mnie dołączył w celach obserwacyjnych. Zdjęcia nie wyszły, było za ciemno. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po zmianie kotwicowiska do zatoczki przy plaży Zuzia nadal trzymała się naszego kadłuba. Zuzia nas, a Zuzi następna mała rybka, chyba jej własne dzidzi – raz ssało ją od spodu, a raz od góry. Radości było co nie miara, Moanka karmiła ją codziennie resztkami ze śniadania, chciała ją nawet częstować cukierkami, ale Zuzia była bardzo wybredna – pożerała głównie odpady mięsne i chleb, wypluwała wszystko co okazało się być kawałkiem warzywa, czy owoca. Prawdziwy szał jednak następował podczas gdy Daru czyścił złowione w celach konsumpcyjnych ryby czy langusty i wyrzucał resztki do wody. Jej zachowanie było bardzo zachłanne i krwiożercze.
W przeciwieństwie jednak do karpia, Zuzia nie wylądowała na naszych talerzach, nie wyglądała na smakowitą (co prawda karp też nie wygląda, hi hi). Przyzwyczailiśmy się do niej i Moanka była wielce rozczarowana, gdy stwierdziliśmy, że się od nas odessała i na kolejnym kotwicowisku już jej nie było.
A kolejne kotwicowisko, to było miejsce nieopodal plaży przy której staliśmy już tydzień wcześniej przy Stirrup Cay, tej wyspy, która należy do norweskich Pasażerów. Tym razem ze względu na kierunek wiatru zakotwiczyliśmy bardziej na zachód, przy malutkiej wyspie Goat Cay. Okazało się, że trafiliśmy na raj. Zejście do wody otworzyło przed nami magiczny świat tysiąca pięknych jadalnych okazów. Przy młodym formującym się jeszcze koralu tańczyły snaperki, gruperki, black jacki, niektóre naprawdę wielgaśne. Daru pływał z kuszą i sam nie wiedział w co celować, taki był wybór. Mimo, że w zasadzie nie mieliśmy aż takiego zapotrzebowania w wiadrze wylądowały cztery piękne okazy, na tyle duże, że nadawały się do filetowania. Cześć na zupę, część na wieczornego grilla, a część do marynaty cytrynowej i octowej. Generalnie dogadzamy sobie rybami ostatnio codziennie i jakoś nam nie brzydną (choć Daru wczoraj zdecydował się na jagnięcinę). Są pyszne, mięsko mają delikatne, mniej lub bardziej zwarte w zależności od gatunku. Wyczytujemy co prawda w naszym przewodniku, które z nich mogły by być nosicielami ciguaterii, ale nie przesadzamy z ostrożnością – nie tknęlibyśmy wtedy niczego.
Rano mieliśmy zamiar powrócić do tego podwodnego raju z aparatem fotograficznym, wiatr jednak w nocy zmienił kierunek i wzmógł się, woda była więc rozszalała i zmętniona. Musieliśmy odpuścić. Wypłynęliśmy więc i przesunęliśmy się 20 mil na południe, żeby zakotwiczyć przy Little Harbour Cay. Tutaj pod wodą nie było nic olśniewającego, natomiast plaża, którą znaleźliśmy była jeszcze bardzie wybitna od dwóch wcześniejszych. I znów byliśmy na niej sami. Piasek czysty i drobny, skałki dookoła, tajemnicza wybetonowana ścieżka na pagórek, gdzie stał opuszczony dom (oczywiście poszliśmy zobaczyć). Lekki wiaterek przeszkadzał muszkom no-see w ataku. Daru wymyślił świetną zabawę. Wykopał trzy dołki, zaznaczył linie i przyniósł piłkę. Zasadą było trafienie z danej odległości do dołków, z których dwa dawały 2 punkty, a środkowy aż 5. Rodzaj mieszanki golfa z bulami. O dziwo Moanka wygrywała i gdyby nie ostatni śmiertelnie trafny rzut Darunia do droższej dziurki, który dał mu zwycięstwo, to pewnie ona została by mistrzynią. Zabawa była pyszna, skakaliśmy do góry przy trafionych rzutach, piszczeliśmy z radości i klaskaliśmy w dłonie. Grunt, to żebyśmy nigdy nie przestali mieć dziecinnych zachowań, to nam pomoże pozostać w duchu młodymi do końca. Dodatkowo liczenie i pisanie punktów przy imionach na piasku pozwala Moanie na uczenie się cyferek i liczb.
Odpoczywając po harcach siadamy - Moana na piasku w celu babkowania, my na kocyku w celu krzyżówkowania. Mamy taką superową książeczkę, którą Elunia kupiła Darowi w prezencie pożegnalnym nawet nie spodziewając się jak bardzo będzie nam służyła. A książeczka jest specjalna, bo są w niej też krzyżówki i inne szarady stworzone przez Małgosię Wołc, którą niniejszym serdecznie pozdrawiamy. Małgosiu, do Twoich zadań specjalnych jeszcze nie doszliśmy, bo rozwiązujemy po kolei, ale jak na razie dajemy radę każdej, także z Twoimi też sobie za pewne poradzimy, he he.
Tak tak, oto nasze intelektualne zajęcia: krzyżówki (na szczęście na wysokim poziomie), książki, a nawet Scrabble powróciły do łaski, bo Moana już na tyle rozumie, że daje nam grać i nie przeszkadza za bardzo. Wieczorami filmy, a na deser nasza ukochana seria Kamelott (ostatni odcinek wczoraj). Noce z reguły są spokojne, wiatr siada i nie mamy powodów do strachu, że kotwica puści.
Teraz kierujemy się do stolicy Bahamów – Nassau, czyli przed nami wyspa New Providence. Chciałam znaleźć jakieś informacje turystyczne na temat tego miejsca, zajrzałam więc do naszego dawno nie używanego przewodnika po Karaibach z nadzieją, że o Bahamach też coś tam będzie. Nie było, znalazłam natomiast opis wysp Turks i Caicos (które też są na naszej drodze), Portoryko i Dominikany. Wygląda, że przed nami tysiące ciekawych miejsc, aż zaczęłam się stresować, czy damy radę wykonać nasz program do końca tego sezonu.
Aha, w przewodniku znalazłam też przypadkowo polską nazwę concha (koncza): skrzydelnik olbrzymi, nie wpadłabym na to!
Tak że o Nassau nie mamy żadnej informacji. Ale, jako że jest to stolica i największe skupisko mieszkańców liczymy na to, że będzie znów wszystko to, czego potrzebujemy. Już nazbierało się brudów – więc pralni, kończą się zapasy świeżyzny – więc dobrego supermarketu, no i zaczął mi poważnie doskwierać brak możliwości kontaktu z Polską, a chciałabym się jeszcze z rodzinką usłyszeć w tym roku. Nawet Moanka zapytała dziś rano, czy zadzwonimy do babć, też tęskni. Liczymy też, że – jeśli miasto i miejsce nam się spodoba – zostaniemy tam na Sylwestra w celu podziwiania sztucznych ogni (ot, taki symbol Nowego Roku, jak choinka Bożego Narodzenia).
Całuski i do usłyszenia!
Dopływamy do Nassau. Niebo ołowiane, wiatr w gębę 18 węzłów i fala też, a miało go nie być wcale według wczorajszej pogody z Miami. Cóż zdarza się, no ale dopływamy. Jak zwykle zaciekawieni jesteśmy nowym miejscem, stolicą Wysp Bahama w tym przypadku. Jeszcze tylko przez radio prośba o zgodę na wejście do portu i znajdziemy się na spokojnej wodzie kanału portowego. Zwykle o taką zgodę prosić nie trzeba, tu jednak jest wąsko i skrzyżowanie się z wielkim wycieczkowcem może się źle skończyć.
Po drodze zapełniliśmy lodówkę. Metrowa koryfena zapewni nam dwa posiłki, dodatki w postaci sushi i różnych marynat. Szczęśliwie po dwudziestominutowej walce pierwsza, która wzięła, zerwała się zaraz przy łodzi. Na szczęście bo miała z dwa metry i z 50 kilogramów, największa jaką widzieliśmy dotychczas, bliżej nie wiadomo co byśmy zrobili z taką ilością mięsa. A tak i żeglarz syty i koryfena cała.
LISTOPAD 2011
Piątek, 16 listopad
Witamy po prawie pół roku.
Płyniemy z Fort Myers do Key West na południu Florydy. Wieje 25-30 węzłów 2 refy i prędkość 8, fala mała, ale krótka i trochę nami trzepie. Na pokładzie my, znaczy Beata, Moana i ja oraz Ewa z Mirkiem, nasi kumple z Minneapolis. Zanim jednak rozpiszę się na temat naszych aktualnych wieści z kraju Kaczora Donalda zgodnie z obietnicą daną w maju słów parę o minionych miesiącach spędzonych w kraju Donalda i Kaczora.
Zaraz po przylocie do Polski spędziliśmy parę dni na południu przebywając u mamy Beaty. Następne parę chwil pomieszkaliśmy u nas w Leźnie, a nawet na wybrzeżu, dokąd wywiało nas przy okazji odwiedzin mojego starego francuskiego przyjaciela Philippa i jego partnerki Denise. Po czym, jakby nam brakowało latania, polecieliśmy z Moaną do Toskanii o czym już pisaliśmy. Tam Tadeusz w wynajętym domu urządzał Monice jej okrągłe urodziny. Było cudownie, smaki i zapachy toskańskiej wsi są unikatowe podobnie jak tamtejsze pejzaże, a akompaniament przybyłych i miłych naszemu sercu gości był zacny.
Po powrocie jesienne i deszczowe polskie lato spędziliśmy w wielu miejscach, początkowo wylądowaliśmy u rodziny Beaty na Jurze, następnie w Beskidzie Wyspowym, korzystając z domku Zosi i Włodziusia i notorycznego deszczu. Przejazd do Ewy i Jaśka na Podhale poprawił nam humory podobnie jak i spacery z nimi w błotnistych lasach. Zaliczyliśmy wtedy Babią Górę wejściem od północy.
Sprzed Tatr przenieśliśmy się w Pieniny, które schodziliśmy doszczętnie, korzystając z obecności w Szczawnicy mojej mamy, która spacerowała w tym czasie nad Grajcarkiem z Moaną. Cały koniec lipca spędziliśmy ponownie w Sułoszowie świętując urodziny za urodzinami. Na początku sierpnia był Beskid Śląski i prawdziwki u Gosi i Bogdana w towarzystwie jej miłych rodziców oraz pobyt pod Baranią Górą u Artura i Oli, gdzie Moana szalała z ich córkami bliźniaczkami, Julią i Emilką, kiedy my drapaliśmy się na Baranią niekończącą się drogą.
Fantastyczny był tydzień w Tatrach Słowackich, gdzie wynajęliśmy za 55 euro dziennie wspaniały apartament aby napawać się widokami podczas długich górskich wycieczek. Nawet Moana wdrapała się na Wołowca (2.063m) od strony cudnej doliny Rochacze. Wieczorami chodziliśmy w ramach rekonwalescencji do gorących źródeł, które były w cenie najmu lokalu, a wejście do których normalnie kosztowało 15 euro od osoby. Taka słowacka zagadka ekonomiczna.
Na koniec usiedliśmy nareszcie na tyłkach instalując się na dobre w naszym leźnieńskim domu i zaczął się przemarsz wojsk czyli rodzina i przyjaciele.
Korzystając z obecności i dobrych chęci dwóch babć po raz pierwszy w trzyletnim życiu Moany pozostawiliśmy ją i pognaliśmy do Hiszpanii – sami en amoureux. To była od dawna planowana okolicznościowa wycieczka po Paradores.
Paradores to państwowa i o dziwo dochodowa sieć hoteli założona w 1928 roku. Jakiś rozsądny Hiszpan będący wtedy u koryta władzy wpadł na pomysł, że utrzymywanie przez państwo zabytkowych zamków, klasztorów i pałaców jest zbyt kosztowne i można by w nich stworzyć hotele, z których dochód przeznaczony zostanie częściowo na utrzymywanie tych historycznych cacuszek. Co więcej, przystępna cena umożliwi zwykłym śmiertelnikom przespanie się w pałacowych alkowach i posmakowanie regionalnych potraw w wyśmienitych restauracjach, z których te hotele słyną. Po przystępności śladów nie ma, noc kosztuje średnio 120 – 180 euro, ale aby zachować trochę ideę pałacu dla ludu wymyślono trzy lub siedmiodniowe trasy, z jedzeniem lub bez i wtedy ceny znacznie zniżono. My zapłaciliśmy za te 10-cio dniowe achy i ochy, kulinarne również, 1600 euro czyli 650 pln za dzień z pełną wyżerką dla nas dwojga, czyli tyle ile wynosi połowa noclegu w hotelu Grand w Sopocie bez śniadania nawet!
Jako dopełnienie rozkoszy całość podróży odbyliśmy kabrioletem Mini, który dzielnie zastąpił dwuosobowe BMW (to miała być niespodzianka dla Beaty), którego wydania mi odmówiono, jako że nie umiałem podeprzeć luksusu kartą kredytową z najwyższej półki w odpowiednim platynowym kolorze. Korzystaliśmy więc z mini luksusu z zawsze otwartym dachem napawając się gorącym i suchym powietrzem płaskowyżu Kastylii i Leon oraz La Manchy. A hotele? Same cuda!
Po przylocie do Madrytu zaczęliśmy trasę od Leon (najlepszy Parador 5* z czynnym kościołem i fascynującym wewnętrznym dziedzińcem ogrodem) – dwie noce,
z Leon pojechaliśmy przez ufortyfikowaną Astorgę (prześmieszny pałac biskupa zaprojektowany przez Gaudiego)
W DRODZE DO BENAVENTE, ASTORGA
do Benavente (skromna pozostałość w postaci wieży największego średniowiecznego założenia urbanistycznego zniszczonego przez Napoleona, z basenem i miasteczkiem do zwiedzenia) – 1 noc
następna noc była w Puebla de Sanabria pod granicą portugalską (byle jaki nowoczesny hotel, ale z widokiem na fortecę w miasteczku na skale no i cud wycieczka w góry) – 1 no
WIDOK Z PARADOURU W PUEBLA DE SANABRIA
Przez Portugalię i zwiedzenie otoczonej murem Bragancy dotarliśmy do Zamory (hotel wewnątrz miasta z basenem, stary pałac rodziny Condes de Alba, pycha, z rycerzem w zbroi na koniu też w zbroi – najlepsza kuchnia) – 1 noc.
PO DRODZE PORTUGALSKA BRAGANZA
Z Zamory, jadąc ciągle na południe dotarliśmy do Ciudad Rodrigo, zachwycającego miasteczka z hotelem w małej fortecy (malutkie stylowe pokoje, wąskie korytarze – nasz ulubiony) – 1 noc.
Tydzień zakończyliśmy w Salamance, której przedstawiać nie trzeba (hotel to dość ohydna współczesna konstrukcja, ale z widokiem, basenem, olbrzymimi pokojami i korytarzami oraz kuchnią typu cousine nouvelle) – 1 noc.
PARADOR W SALAMANCE – POKÓJ Z WIDOKIEM
W Salamance zaliczyliśmy korridę (do zerzygania – jedynie latający na rogach zakrwawiony matador wyzwolił w nas pozytywne emocje).
Powrotem do Ciudad Rodrigo zaczęliśmy nową trasę po zamkach, trzydniową, dopełniającą 10 dni podróży. Wyjeżdżając wcześniej z Ciudad zarezerwowaliśmy na nasz powrót najlepszy pokój hotelu usytuowany w murze obronnym z balkonikiem i taki też dostaliśmy, nie mówiąc o stoliku w restauracji usytuowanym w grubości dwumetrowego muru z małym okienkiem.
ZNÓW W PARADORZE W CIUDAD RODRIGO
Z nostalgią opuszczaliśmy i hotel i urocze miasteczko, w którym jako tapas podano nam olbrzymie oliwki faszerowane korniszonami.
CIUDAD RODRIGO - MIASTECZKO CUD
Potem znów były góry. Najpierw zadziwiające miasteczko Alberque z domami z muru pruskiego, potem zdobycie szczytu o wysokości 2.401 m.
Następnie nastąpił przysłowiowy opad szczęki w postaci hotelu w małym zamku o nieprzeciętnej urodzie z ogrodami i wielkim basenem.
PARADOR W JARANDILLA DE LA VERA
Miasteczko Jarandilla de la Vera było bez wartości, ale pobliskie góry i wycieczka do banos w postaci jeziorka na strumieniu górskim usatysfakcjonowała nas w nadmiarze.
JARANDILLA DE LA VERA - DOBRY START WYCIECZEK W GÓRY
Zakończeniowym rodzynkiem był ostatni hotel w pałacu połączonym z zamkiem w Oropesa. Mieszkało się tam trochę jak na Wawelu, tyle że turystów było niewielu.
OROPESA – ZAMCZYSKO I OSTATNIA KOLACJA PRZY KSIĘŻYCU
A tak w ogóle to wszystkie odwiedzone miejsca charakteryzowały się najwyższym standardem, nieskazitelną czystością, spokojem i ciszą. Nie żeby od razu nie było w hotelach gości, byli, było to widać na bufetowych śniadaniach, lecz jako, że odwiedzone w większości konstrukcje były tylko przystosowane do funkcji hotelowych to wielka liczba zbędnych zwykle pomieszczeń muzealnych zapewniała rozpełzanie się tłumu.
Wróciliśmy z podróży po Paradorach zachwyceni i zadowoleni aby zaraz potem urządzić Moanie jej trzy lata. Jak ten czas leci, co dopiero była Gwadelupa i jej narodziny, a tu już minął trzeci rok jak w mgnieniu oka. Zjechało się parę osób, wiadomo, każda okazja do wypicia jest dobra, a my przygotowaliśmy dania i sposób ich podania na miarę Paradorów. Moana zdmuchnęła świeczki z tortu w kształcie Kubusia Puchatka i było po wszystkim.
Część gości pojechała, babcie ku rozpaczy Moany też. Przyjechali inni, Zosia z Włodkiem na 10 dni, Aga i Irek, potem Andrzej z zaokrąglającą się pod jego wpływem Zosią i oczywiście Tadeusz z Moniką też.
Nasz pobyt powoli dobiegał końca, nasze oczy coraz częściej spoglądały w ekran komputera i na ostatnie zbliżające się do Florydy jesienne cyklony. Wszystkie jednak przeszły wzdłuż wschodniego wybrzeża. Moana, czując nasze rozedrganie coraz częściej pytała: kiedy jedziemy do domu, na Bubu?
Na południu Polski znaleźliśmy się parę dni przed wylotem, pozwoliło to na skorzystanie z zaproszenia Zosi i zobaczenie rewelacyjnej wystawy malarstwa Turnera, prekursora impresjonistów oraz spędzenie wieczoru i nocy u Ewy i Jaśka, którzy nie mogli odwiedzić nas na wsi.
Znów łzy pożegnania z najbliższymi po czym krótki lot z Krakowa do Paryża. Odebrani przez Philippa i hołubieni w domu, który kiedyś mu zaprojektowałem, załatwiliśmy parę spraw, spotkaliśmy się z Gugi i po odwiezieniu nas przez naszego miłego gospodarza na Orly usadowiliśmy się w samolocie, który miał nas przerzucić na drugą stronę Atlantyku.
Daru, jak widać, relacjonuje przeszłość. Najwyższa pora, bo szczegóły zaczęły już nam umykać. Co chwilę odwraca się do mnie i pyta: Beata, a jak się nazywało to miasteczko z murami pruskimi? A jaki wysoki był Wołowiec? A gdzie to byliśmy na tej drugiej górskiej wycieczce?.... Na szczęście co dwie głowy to nie jedna.
Ja natomiast żyję raczej teraźniejszością, z resztą nie dziwota, bo ostałam się sama na posterunku i staram się pilnować odpowiedniego posuwania się spraw na pokładzie statku, który mknie z dużą prędkością w totalną czerń i nicość. Jak na pierwszy rejs po prawie półrocznej przerwie jest sportowo, nasi mili goście chyba nie spodziewali się aż takiej bujanki i poczuli, oprócz braku apetytu, pewne znużenie organizmu. Wszyscy więc śpią, a i ja jestem bliska uśnięcia, mimo woli i wczesnej godziny (23.00) oczy same mi się zamykają.
Po blisko trzytygodniowym pobycie w marinie Fort Myers BoatClub wyruszyliśmy w wyjątkowo wietrzny dzień w kierunku Key West. Tym samym rozpoczynamy piąty już nasz pływający sezon.
Tym razem nasz powrót na Bubu po pięciomiesięcznej nieobecności odbył się wyjątkowo bezboleśnie. Wyjątkowo po otwarciu drzwi nie poczuliśmy zapachu (smrodu?) stęchlizny. Pozostawione przez nas przed wyjazdem pojemniki z higroskopijnym produktem były pełne wody, dzięki czemu łódka wyglądała jak nowa. Cud!
Nie dam rady na razie relacjonować, walka z zamykającymi się oczami pochłania mi za dużo energii.
Przelot do Miami odbył się bez przygód, Moana sprawowała się w samolocie poprawnie, odebraliśmy samochód monstrum i pognaliśmy w kierunku Bubu stojącej w Fort Myers.
Spodziewając się jak zwykle najgorszego na pokładzie postanowiliśmy zatrzymać się po drodze w hotelu aby na Bubu wkroczyć rano i zabrać się od razu do pracy.
Beatka już pisała o naszej radości kiedy po otwarciu drzwi miast smrodu i pleśni powitał nas miły, znany nam, zapach naszego pływającego domku. Brawo producenci higroskopijnych wiaderek!
Stan estetyczny łódki nie pokrywał się oczywiście z jej stanem technicznym. Zaczęliśmy prace i naprawy, które trwały do wypłynięcia czyli od 29 października do 18 listopada nie licząc czterodniowej eskapady do Disney World. Przez ostatni tydzień prace trwały już w towarzystwie naszych gości.
Przeżyliśmy cuda różnorakie związane z tymi robotami, wymienię tylko kilka: założenie nowej trampoliny (1800 USD), założenie anemometru na szczycie masztu (300 USD), wymianę zawiasów w oknach (100 USD), płynów i filtrów w silnikach (100 USD), połamanych elementów w silniku przyczepnym Mercury (60 USD), który i tak okazał się uszkodzony, ale w innym miejscu (nowe części w drodze 120 USD), założenie oświetlenia LED w sypialniach, salonie i na zewnątrz (200 PLN), wymianę pompy w WC (80 USD), która rozsypała się ze starości, wymianę całego parku akumulatorów (czyli 6 sztuk za 600 USD). Postanowiłem w końcu zrezygnować z akumulatora lewego silnika i używać do jego startu akumulatorów głównych. Wcześniejsze, oryginalne rozwiązanie było od początku źle pomyślane, więc zmieniłem system przechodząc dodatkowo na akumulatory do wózków golfowych 6 voltowe połączone równolegle, a parami szeregowo. Zmieniłem też regulator paneli słonecznych (150 USD), ale na razie pracuje źle, czego nie rozumiem bo podłączony jest poprawnie. Akumulatory sprawdzają się i przy 40 procentowym rozładowaniu zapalają silnik od pierwszego kopnięcia. Brawo ja! Dodatkowo na czacie znalazłem sklep specjalizujący się w wózkach golfowych (znali dobrze polskie Melexy) i tam dokonałem zakupu za 90 dolarów sztuka plus taksy i opłata za zielonych. Identyczny akumulator w sklepie żeglarskim kosztuje 205 dolarów plus opłaty. Zdziercy.
Parę dni po przyjeździe ruszyliśmy samochodem na północ, do Tampy. Pierwszą sprawą było dokonanie przeglądu naszej tratwy, drugą odebranie naszej nowej trampoliny z fabryczki takowe produkującej. Korzystając z tej przymusowej wycieczki postanowiliśmy jeszcze przed poprzednim wyjazdem odwiedzić Świat Disneya.
W Tampie okazało się najgorsze, po otwarciu i nadmuchaniu tratwy wyszło na jaw, że odklejają się w niej pasy trzymające dno, a tego się nie naprawia. Autoryzowana firma przeglądowa obiecała skontaktować francuskie Plastimo w celu ustalenia co robić, jako, że tratwa jest na gwarancji.
Oczywiście już pachniało kłopotami, obowiązkowe przeglądy były, ale trzeci z rocznym opóźnieniem, jako że Plastimo nie posiada autoryzowanego przedstawiciela pomiędzy Wenezuelą i Florydą. Uznaliśmy, że będziemy sprawę wyjaśniać mailowo i pognaliśmy dalej po trampolinę, a po jej bezproblemowym odebraniu do Disneya.
Odkładaliśmy tę wizytę od roku aby Moana podrosła i mogła lepiej z niej skorzystać, a przede wszystkim wcześniej poznać świat Walta Disneya. Dobrze, że poczekaliśmy, dziś już nawet elektryczny słup przy autostradzie w kształcie Myszki Mickey wywołał w niej wielki wybuch radości.
O zmroku dotarliśmy do hotelu znalezionego przez Beatę w książeczce z kuponami (pisałem już o tym, to takie broszurki rozdawane na stacjach, przy sklepach, w punktach obsługi turystów zawierające reklamy hoteli, restauracji i innych atrakcji z kuponami zniżkowymi). Hotel ten był najbliższy parkom atrakcji, na dodatek tani jak barszcz więc wzbudził nasze naturalne podejrzenia. No i rozczarowaliśmy się, znaczy odwrotnie do podejrzeń, pozytywnie. Nie dość, że pokoje były wielkie, podobnie jak łóżka, w hotelu była niezaznaczona w broszurce pralnia, to basen był wielki i naprawdę podgrzewany, a kadr iście wakacyjny. Na domiar dobrego za trzy noce zapłaciliśmy 100 dolarów czyli tyle ile za … jednoosobowe wejście dzienne do jednego parku atrakcji! To drugie zapachniało zgrozą po przeliczeniu pobytu, ale Polak i kubańczyk potrafi.
TANI HOTEL PRZY PARKACH DISNEYA NICZEGO SOBIE
Rano poszliśmy na marne śniadanie (jeszcze tego by brakowało, żeby w cenie było takie jak w Paradores) i po bilety do Disneylandu. Gość w kasie, kubańczyk właśnie, coś zaczął kręcić, że nam sprzeda, ale można taniej i czy nas to interesuje. Nie! mówię, chcemy zapłacić drożej. Durny jakiś, ale o co chodzi? No bo on sobie dorabia na boku, znaczy troszeczkę tylko oszukuje. Otóż kupuje przez Internet bilet 10 dniowy za 400 dolarów i potem sprzedaje go zaufanym klientom (znaczy my mamy zaufany wygląd – czyli pokrętny, tak to rozumiem). Po 6 wejściach wychodzi na zero, potem to jego zysk. Kłopot tylko, że bilet powiązany jest z odciskiem palca, który pierwszy wchodzący odciska na czujniku, więc trzeba być nie lada aktorem, znaczy nie pamiętać który palec się dało, a może nie swój tylko dziecka? Tak dla zabawy.
No i tak oszukując tylko troszeczkę zapłaciliśmy 240 dolarów zamiast 380, co i tak wydaje się kwotą z księżyca za dwudniowy pobyt w krainie dziecięcego szczęścia.
Przy wjeździe na parking dodatkowe 14 dolarów (oj jak tanio) pokrywało dzień porzucania tam samochodu i kolejkę do wnętrza parku. Parków jest co niemiara, pięć Disneya i wiele innych. Wybraliśmy dwa Disneya, Hollywood Studio i Magic Kingdom.
Dwa spędzone w nich dni były niewyobrażalne. Cała masa atrakcji różnej maści przyprawiają o zawrót głowy dzieci i dorosłych, których widuje się tam często i bez dzieci. W Hollywood atrakcje kręciły się wokół filmów Disneya i Studia Pixar oraz innych wytwórni dziwów medialnych. Moana wyszła zachwycona niosąc pod pachą wielką mówiącą miniaturę Buzza Astrala z Toy Story.
Drugiego dnia Magic Kingdom było naprawdę magiczne, tak jak marzenia jego twórcy, Walta Disneya. Realizacja projektu tego genialnego i do końca czującego jak dziecko gościa zachwyca pod każdym względem. Na dodatek uprzejmość, uśmiech i fantazja obsługi, a przede wszystkim jej cierpliwość wobec dzieci są porażające przy wspomnieniu jakichkolwiek polskich prób umilenia publiczności pobytu (kelnerka w Wiśle po uwadze, że zupa jest zimna po chwili przynosi drugą i mówi: cieplejsza nie będzie!, lub wspomnienie obrażonych na świat ratowniczek w krakowskim aquaparku). Inny świat.
Końcowym akcentem był pokaz sztucznych ogni nad bajkowym pałacem, który wszyscy znają z zajawki z filmów Disneya, co wszystkim odebrał mowę. Do hotelu wróciliśmy pełni wrażeń dobrze po 22, więc Moana zasnęła kamieniem otoczona swoimi zdobyczami, czyli Buzzem i całą ferajną z Kubusia Puchatka.
W kierunku Bubu wyjechaliśmy po południu, korzystając jeszcze z hotelowego ciepłego basenu i pralni. Lunch zjedliśmy w pobliskim Buffecie.
O Buffetach pisaliśmy już kiedyś. Mieliśmy wielkie szczęście, że takowe znajdowały się w pobliżu naszej mariny więc nie musieliśmy martwić się południową przerwą na jedzenie, a zwłaszcza czasem na jego przygotowanie. Wyskakiwaliśmy wiec do buffetu gdzie nawet Mirek dostał zniżkę (od 60 lat) i zamiast 7,99 USD zapłacił 6,99. Jedna i druga kwota jest zabawna w porównaniu tego co się je. Oto moje standardowe menu:
BUFFET - KAŻDY JE ILE CHCE I CO LUBI – TO WSZYSTKO CO ZJADŁEM
No nie wyszły zbytnio wakacje Ewie i Mirkowi. Zamiast płynąć sterczeliśmy w marinie oczekując na rozwiązanie problemu tratwy.
SIĘ PRACUJE I WYDAJE, NOWE AKUMULATORY, NOWA SIATKA I POMOCNICY EWA I MIREK
Po paru wymianach maili PLASTIMO otrzymało w końcu zdjęcia od swojego dealera, u którego od 10 dni leżała nasza tratwa. Z powodu weekendu sprawa została odłożona, czemu nie pomagała też różnica czasu. W końcu po moich wielokrotnych interwencjach, pani, z którą byłem w kontakcie powiedziała, że szef chce ze mną rozmawiać, ale jest pewien kłopot. Otóż szef pracuje tylko do południa i czy może zadzwonić o mojej 6 rano czyli we francuskie południe. Ok, mówię dla dobra sprawy niech dzwoni. I wyobraźcie sobie facet zadzwonił o 5h45 i powiedział, że mi wysłał maila. W mailu szefuncio uznał na podstawie zdjęć, że tratwę można skleić i nie widzi problemu, a koszt naprawy PLASTIMO czy NAVIMO weźmie na siebie.
No nie wytrzymałem, wyrżnąłem do pana Cox’a mało miłe pismo pisząc, że po pierwsze nie chce albo nie rozumie mojej wcześniejszej korespondencji i mu wyłuszczyłem jeszcze raz w najprostszym języku, że to nie ja nie chcę naprawiać tratwy, bo dno odpada tylko jego dealer, któremu dali autoryzację, a teraz nie ufają czy co?, a tak w ogóle nie obchodzi mnie ta cała wymiana korespondencji, bo to oni mają ustalić wspólną pozycję, a nie wydzwaniać do mnie po nocy bo pancio pracujący w światowej renomy firmie rankami sobie tylko pracuje i nie może się dostosować do godzin klienta. Na dodatek ich wzajemny brak zaufania i nieporadność w wymianie korespondencji narażają mnie na czekanie i dodatkowe koszty portu i wynajmu samochodu co mnie raczej wkurza. Tak mu napisałem, jednocześnie uznając, że się jednak nie doczekam na rozwiązanie, więc trzeba szukać nowej tratwy i to szybko.
Miły dealer z Tampy widząc co się święci stanął na głowie aby nam pomóc. Tratwa to taka plastikowa skrzynka, w której, prócz zamkniętego samo napompowującego się pontonu, jest żarcie, woda, baterie, i inne dupersztyki, więc takie tratwy nie leżą na składzie i trzeba takową przygotować na zamówienie. On posiadał tylko jedną 4-osobową. Nasza poprzednia była 10 osobowa, ale uznaliśmy, że nigdy więcej niż 6 osób pływać na Bubu nie będzie, więc taka nam jest potrzebna.
Okazało się, że duński VIKING ma w Miami swoje biuro, gdzie robią głównie przeglądy dużych tratw promów i wycieczkowych kolosów, ale małe też mają i dzięki relacjom pana z Tampy przygotują jedną dla nas ekspresowo i wyślą. Dariusz jestem nie Tomasz, ale już od tego wszystkiego równie święty jak niewierny, więc zamiast czekać na dostawę pojechaliśmy do Miami raniutko i o 10h00 tratwa pełno oceaniczna wylądowała w bagażniku naszego samochodu. Całość operacji to 2.300 USD plus wyprawa do Miami.
No i mogła znów zacząć się nasza podróż.
Jak pisałem, dwutygodniowy pobyt na Bubu naszych znajomych był mało atrakcyjny. Wiadomo, nigdy nie można przewidzieć ani problemów technicznych, ani tym bardziej pogody. Nie lubimy więc brać odpowiedzialności za czyjeś bilety czy wakacje i każdemu o tym mówimy. Teraz wydawało się, że nie będzie problemów, oni mieszkają w USA, Floryda i Keys to blisko i w miarę łatwe żeglowanie, a tu masz. Najpierw tratwa opóźniła wyjazd, potem pogoda przytrzymała nas w Key West, na domiar pojawiła się trudność z wypożyczeniem samochodu byle gdzie aby wrócić na odległe lotnisko i pewna potrzeba jasnych terminów naszych gości spowodowały, że rozstaliśmy się po niecałych dwóch tygodniach zamiast dwóch i pół. Cóż, żal.
Mimo to Mirek wydawał się zachwycony. On żeglarz rzeczno-jeziorny i to z pasją, po latach posiadania łodzi motorowej zakupił teraz żaglówkę, ale nigdy nie pływał po morzu. Znaczy, nie liczę krótkiego pobytu na katamaranie na Wyspach Dziewiczych, bo to pływa się w dzień, po płaskiej wodzie i w pobliżu lądu.
A teraz płynęliśmy przy pogodzie pół sztormowej, no bo 30 węzłów to już wiatr, co też dawało odczuć radio VHF wzywając do pozostania w portach, popłynął z nami na naszej łupince w czarną czeluść. Dodatkowo w atmosferze ogólnego smutku, jak nazywam pierwsze symptomy choroby morskiej. Namówiłem naszych gości na tabletki, bo uważam, że po co się katować jak można to ominąć. Tak więc Ewa zasnęła kamieniem, zaraz po niej Mirek. Ewa przespała do rana, Mirka zew morza wygnał z łóżka jeszcze za wachty Beaty i zastałem ich oboje nad mapami, kiedy któraś z kolei większa fala i mnie obudziła po północy.
Podobało mi się patrzeć na niego trochę przerażonego falami i wiatrem trochę zachwyconego. Zostawiłem go na wachcie polegując w salonie i zerkając co jakiś czas na to co się dzieje, do czasu kiedy nad ranem trochę na siłę wysłałem go spać. Beatka zmieniła mnie zaraz przed wschodem słońca, wtedy znów zapadłem w spokojny sen.
O dziwo choroba morska, która i mnie dotyka zwykle na początku jakoś tym razem mi darowała. Jeśli chodzi o decyzję o wypłynięciu mimo ostrzeżeń to uznałem, że nie jesteśmy małą jednostką, o których mówiono, tylko morskim jachtem, dwa, płynąc z fort Myers na południe do Key West płynie się głównie wzdłuż zachodniego wybrzeża więc fala sztormowa przy wschodnim wietrze jeszcze nie zdąży się unieść i płynie się gładko, a to jedynie fala jest groźna, a nie wiatr 30 węzłów.
Do Key West dotarliśmy przed planowanym terminem, złapaliśmy się boi na północ od wyspy Wisteria, w pobliżu miasta. Dzień spędziliśmy na łódce odpoczywając po nocy, a próby znalezienia plaży w zasięgu aneksu spełzły na niczym.
Dopiero następnego dnia rozpoczęliśmy zwiedzanie tego zadziwiającego miejsca, znanego z homoseksualizmu i domu Ernesta Hemingway’a.
Ta ostatnia wysepka w długim na 150 kilometrów archipelagu odległa jest od Kuby zaledwie o 90 mil, na co wskazuje szpic, przy którym fotografują się turyści. Z resztą wiele rzeczy jest tu naj, najbardziej wysunięty na południe dom Stanów, restauracja, plaża. Mila 0 (zero) drogi numer 1 Stanów Zjednoczonych itd. Takie turystyczne zabawy. Jednak prócz paru turystycznych ulic, reszta to albo tereny wojskowe, albo spokojne dzielnice mieszkaniowe ze swoja śliczną architektura drewnianą i sidingiem tak do niej pasującym. Jest też mini Biały Dom, letnia rezydencja prezydentów od Trumana do Cartera, potem przerobiona na muzeum.
Plaże w mieście są, ale od południa w przeciwieństwie do kotwicowisk, wiec aby zaspokoić potrzebę piasku Moanki trzeba było przejść przez całe miasto. Trzeba przyznać, że jej hulajnoga ratuje nam życie, wreszcie nie musimy jej nosić czy wozić na wózku, gna przed siebie często ponad 5 kilometrów dziennie.
Z plaż korzystaliśmy tylko my, Mirek się nie posmarował i dostał uczulenia na jesienne słońce, a Ewa nie lubi upałów. Na szczęście przechodził zimny front i było tylko 26 stopni.
Ten że front spowodował nasze najpierw trzy dni na kotwicy, na którą przenieśliśmy się po pierwszej nocy, a następnie zmusił do natychmiastowego wyjścia w morze aby móc płynąć na wschód.
POMYSŁY NA UATRAKCYJNIENIE MIEJSCA - MOTYLARNIA
Dla nas zaczęły się znów morskie czasy – pozostawiając naszych gości na nabrzeżu ruszyliśmy przy bezchmurnym niebie prawie bez wiatru i fali w towarzystwie delfinów do odległej o 30 mil zatoki widzianej dzień wcześniej z samochodu w czasie popołudniowej wycieczki. Umówiliśmy się tam, w Bahia Honda, z Mirkami, którzy mieli dojechać wynajętym samochodem i tam spędzić ostatnią z nami kolację i noc.
Po dniu żeglowania dotarliśmy na miejsce, które było mini parkiem stanowym. Na miejscu okazało się, że nie wolno w nim pozostawić samochodu na noc i tak rozstaliśmy się naszymi gośćmi definitywnie.
BAHIA HONDA I SAMOTNA BUBU - PIĘKNIE PRZY BLIŻSZYM POZNANIU
Sobota, 26 listopad 2011
Snujemy się po Floryda Keys i nareszcie czujemy się jak należy, czyli korzystamy z życia. Trochę pływania, trochę plaży, trochę załatwiania spraw, ale ogólnie rytm życia wraca do tego, co najbardziej lubimy. Szkoda, że dopiero po wyjeździe gości, ale i tak nie mam pewności, czy i to zaspokoiłoby ich wakacyjne potrzeby. W każdym razie Keys coraz bardziej mi się podobają. Pierwsze wrażenie z kotwicowiska przy Key West było najgorsze. Staliśmy otoczeni morskimi wrakami, czyli jakby opuszczonymi, zaniedbanymi jednostkami podobnymi do tych z umieralni w Le Marin na Martynice. Nie bardzo kleiło się to z moimi wyobrażeniami o tym miejscu. Na szczęście potem zmieniliśmy miejsce na bardziej sympatyczne, a i obraz miasteczka też był nie najgorszy. Wspaniała miejscami, stara zabudowa willowa była pełna uroku, a główna ulica Duval Street tętniła życiem, muzyką i beztroską zabawą. Co prawda, po trzecim dniu już troszkę mi się to znudziło, ale cóż pogoda pogodą, trzeba się do niej dostosować i czekać na dogodny moment dla dalszego płynięcia. Następne kotwicowisko przy Bahia Honda urzekło mnie. Byliśmy jedynym jachtem na kotwicy, plaża w zasięgu dopłynięcia wpław, a nawet i parę rybek udało się pooglądać w mętnej co prawda wodzie, ale już w towarzystwie czynnie w tym zajęciu uczestniczącej Moanki. Historia piętrowego mostu kolejowego, który stał się potem nieistniejącą już drogą, bo most jest zniszczony, opowiedziana została nam z głośników przy stojących w parku tablicach objaśniających (hurra, była wersja francuska!).
Dzień po tym mieliśmy planowo przepłynąć na wewnętrzne wody, czyli Intercoastal waterway przez jeden z niewielu mostów, który ma wystarczającą wysokość, znaczy przez most siedmiomilowy (nie mylić z butami), aby maszt Bubu o niego nie zahaczył, ale kapitan po wysłuchaniu pogody znienacka zmienił decyzję i zostaliśmy na noc na kotwicy po zewnętrznej stronie, przed Boot Key czyli części wyspy Marathon. Miała być tu nieopodal (czyli w zasięgu naszego aneksu) marina, gdzie można znaleźć i Internet i pralnię, a nawet plażę i pełnowymiarowy supermarket. Owszem była takowa (choć informacje z naszego przewodnika nie pokrywały się całkowicie z zastaną sytuacją – choćby na przykład most opisany jako wahadłowy, otwierany niby na żądanie już dawno stracił wahadło i nigdy nie jest zamykany dla ruchu żaglowców), ale podróż aneksem do celu zabierała w jedną stronę około pół godziny, nie mówiąc o mokrych ubraniach zbryzganych falą spowodowaną 20-węzłowym wiatrem. Po jednorazowej takiej podróży postanowiliśmy wpłynąć do laguny i zacumować do fantastycznej jakości boi City Marina, gwarantując sobie tym samym komfort na dwa następne dni.
Tak więc jesteśmy tu, w towarzystwie niezliczonych innych jachtów głównie amerykańskich (mały procent kanadyjskich). W ogromnym jak hangar biurze mariny mamy wszystko: telewizję, czytelnię i internet wi-fi, czyli od dziś już korzystamy aby obdzwonić wszystkich, za którymi tęsknimy, a jutro wstawimy ten tekst.
Jutro wielki dzień: URODZINY KAPITANA!!!! HAPPY BIRTHDAY MY DARLING!!! Na szczęście jest ten supermarket – można będzie skoczyć po szampana.
poniedziałek, 28 listopad
Wczoraj było rzeczywiście święto. Moje urodziny były kochane. Zaczęło się od odśpiewania sto lat (obym żył) przy kawie po porannym kotłowaniu się we trójkę w naszym łóżku.
W ostatni dzień na kotwicowisku w Marathon nie wolno mi było niczego robić i tylko wydawać rozkazy, które wypełniano. O 10 popłynęliśmy do mariny aby wreszcie podzwonić przez skypa do wszystkich, którzy pamiętali o moim święcie, pogadać i nacieszyć się widokiem tych, którzy po latach potrafią obsługiwać lub mają kamerkę internetową. Dla nas takie rozmowy to zawsze wydarzenie. Udało się też wrzucić w końcu bloga co zajęło mi ponad dwie godziny i, mam nadzieję, zostanie docenione, mimo błędów i wypaczeń, które widzimy często po fakcie.
Na lunch poszliśmy do pobliskiego chińskiego Buffetu, najmniej wypasionego, ale smacznego, aby potem udać się do hipermarketu Publix w celu ostatecznego uzupełnienia zapasów na Bubu.
Aneks dobrze służy nam za samochód, tutejsza wielokierunkowość kanałów pozwala na poruszanie się nim prawie wszędzie tam gdzie chcemy, dzięki czemu pływaliśmy też codziennie 5 kilometrowym kanałem na plażę. Tym razem prócz zwykłej zabawy był najwspanialszy urodzinowy tort, z piasku z pędami mangrowi zamiast świeczek.
Wróciliśmy świętować na Bubu już o zmroku, ale wiedząc, że wypływamy następnego ranka poszedłem jeszcze do Home Depot (taka Castorama) po części do odsalarki. O tej ostatnio nie pisałem – nie miałem już siły. Otóż płynąc do Bahia Honda włączyliśmy ją po raz pierwszy od wyjazdu. Zawsze takie odpalanie czegokolwiek odbywa się z duszą na ramieniu, wiadomo, często urządzenia morskie odmawiają posłuszeństwa. I tak było tym razem, odsalarka wprawdzie ruszyła, ale sikała wodą we wszystkie strony. Byłem załamany, ileż można? Tylko Beata pogwizdywała jakby nigdy nic wypełniona wiarą w moje zdolności i pomysły. Po wyjęciu tych 25 kilo z bakisty okazało się, że połamane są plastikowe szybkozłączki łączące wężyki wody odsolonej z odsalarką. Rozpadły się po prostu - aż nie do wiary, że w urządzeniu kosztującym 5 tysięcy euro używa się takie gówniane elementy.
Na nasze szczęście w Europie panuje w hydraulice nieustająco system niemetryczny wiec ze znalezieniem elementów 3/8, ¼ czy pół cala nie było problemów. Zmieniłem plastikowe złączki na miedziane, rurki na wymiar amerykański, olej w pompie i odsalarka ku naszej wielkiej radości ruszyła łapiąc ciśnienie 60 atmosfer. Jak długo trwała nasza radość? Ano po minucie maszyna stanęła. I gdy wydawało się, że to tylko automat zabezpieczający przed nadmiernym ciśnieniem ją wyłączył, po jego zresetowaniu, maszyna dalej milczała. Odłożyliśmy więc problem, podobnie jak Scarlet O’Hara, na następny dzień.
Kiedy wróciłem do domu z częściami i prezentem dla Moany od spotkanego na ulicy Mikołaja w domu już stały na ciastkach świeczki, zimny szampan i moje dwie ukochane kobietki. Zapalono świeczki, które zdmuchnąłem, strzelił korek i zaczęła się zabawa. Największa była z Moany, która duszkiem wypiła swój symboliczny centymetr z kubka i … chyba się wstawiła. Zjadła szybko ciastko, a potem świrowała mówiąc językiem dorosłych i czasami coś dokładnie tłumacząc na sposób każdej lekko podpitej dziewczyny. Ubawiliśmy się do łez, choć nie było to zbyt poważne z naszej strony. Ostatnio tak mnie rozbroiła Ubu, która najadła się wiśni ze spirytusu, a potem siedziała z omskiwającą się łapą.
Kiedy Beata czytała Moanie bajkę przed snem, podglądałem je z góry przez okienko zachwycony widokiem miłości i harmonii jaką sobie stworzyliśmy.
A potem była kolacja z owoców morza, tańce, jeszcze jedna butelka wina, muzyczne wspomnienia i zapewne trwało by to do białego rana, gdyby nie świadomość, że Moana rano będzie bezwzględna, co nakazałol nam pójść spać o rozsądnej porze.
DZIŚ SĄ MOJE URODZINY
Dziś rano, nie spiesząc się, odpięliśmy się od boi i popłynęliśmy w morze zahaczając o stację paliw aby zakupić paliwo do aneksu i dopełnić zbiorniki z wodą. Postanowiliśmy jednak nie wpływać od razu na wewnętrzne wody i dojść aż do Kanału Piątego otwartym morzem. Nad tym kanałem jest ostatnie wejście pod 65-cio stopowym mostem do „wnętrza” zatoki i do szlaku intercoastal waterway, którym zamierzamy płynąć pod Miami, skąd przeskoczymy na Bahamas. Znów idzie zimny front, przejdzie nad nami dziś w nocy.
wtorek, 29 listopada
Kotwicę rzuciliśmy przed mostem od strony morza. W meteo podali zmianę kierunku wiatru w nocy na północno-zachodni i przejście frontu więc takie rozwiązanie było rozsądniejsze.
Słońce zachodziło, przyszła frontowa ulewa, którą wykorzystałem jako naturalny prysznic podziwiając pełną tęczę. Po czym przyszła cisza, wiadomo, taka przed prawdziwą burzą.
Ach, na urodziny dostałem telewizor, taki lekki, płaski jak żyletka, na 12 volt, z 26 cali no i przede wszystkim odbierający amerykańską telewizję, czego stary był pozbawiony. Dzięki czemu, stojąc na morzu, popijaliśmy różowe wino i oglądaliśmy pary taneczne na lodzie w paryskim grand prix. Zabawne.
Kotleciki jagnięce z grilla (gazowego) i film dopełniły spokojnego wieczoru. I to był ostatni spokojny moment, w nocy przywaliły wiatr i fala, które razem obniżyły nam zasadniczo jakość snu.
Przed paroma minutami minęliśmy most hacząc o niego antenami masztu o włos i płyniemy już wnętrzem laguny w stronę drogi intercoastal. Głębokości są mniej niż jeziorne, tak od 1,5 do 2,5 metra. Niepewnie się płynie morską łódką bezkresną wodą mając mniej jak metr wody pod kilem w stronę powbijanych słupów stojących w nicości, a zaznaczających przejście wydarte maszyną człowieka w absolutnej mieliźnie. Na dodatek ktoś musi cały czas warować przy sterze, cały akwen wokół Keys jest upstrzony bojkami rybaków, które oznaczają skrzynki próbujące schwytać w celach gastronomicznych morskie stwory.
Dla jasności obrazu pokazujemy poniżej naszą przebytą trasę od Fort Myers do Key Largo gdzie właśnie rzuciliśmy kotwicę. Naszym najbliższym celem jest Bimini Island (ledwo widać po prawej) na Bahamas, gdzie możemy zrobić oficjalne „wejście” i zapłacić opłatę za pływanie po wodach tego kraju w wysokości … 300 USD. To tak dla zachęty.
AKTUALNA TRASA –Z FORT MYERS DO KEY LARGO.
CZERWIEC 2011
Niedziela, 26 czerwiec 2011
Od ostatniego pisania upłynął ponad miesiąc, jesteśmy od dawna w Polsce, zdążyliśmy już nawet wrócić z urodzin Moniki w Toskanii.
Trochę się już zatarły szczegóły naszej podróży po południowo-wschodnich Stanach, ale aby nie zniknęły doszczętnie parę wspomnień zapewni ciągłość naszej historii.
Bubu pozostała w marinie w Fort Myers, a my po wypożyczeniu samochodu na lotnisku pognaliśmy nim na północ. Do Great Smoky Mountains było 1300 kilometrów przez Florydę i Georgię. Ta ostatnia słynie z orzeszków ziemnych i to jedyna atrakcja tego stanu. Trudno jednak się nią cieszyć mając głowę pod ziemią - nic wtedy nie widać.
Nasz zachwyt Stanami trwał nadal. Podróżowanie po nich jest niezwykle łatwe i to wielowymiarowo, poczynając od autostrad pokrywających cały kraj. Jazda nimi z włączonym autopilotem jest gładka, nie ma szarpania, wyprzedzania czy nadmiernych hamowań. Dozwolona prędkość to 70 mil na godzinę i wszyscy jadą równo 74. Jeśli ktoś ma jakieś pytania do policji wystarczy przyśpieszyć do 78 i ma się pewność miłej rozmowy w ciągu paru minut. Z noclegiem jest podobnie, policja zapewnia go przy prędkościach trochę wyższych. Przykład: Moana krzyczy siusiu, zjeżdżamy na pierwszym zjeździe, stajemy w zatoczce poza białą linią niezbyt prawidłowo i sadzamy ją na nocnik. W tym momencie słyszymy głośny, krótki dźwięk policyjnej syreny samochodu hamującego przy nas. Moana wyłania się policjantowi na swoim tronie, ten widząc ją macha nam przyjaźnie – cóż siła wyższa.
Drugim przyjaznym aspektem jest informacja. Ta podstawowa, to centra turystyczne na każdym wjeździe do nowego stanu. Często są to piękne, charakterystyczne dla architektury danego stanu budynki, wielokrotnie połączone z muzeum lub jakąś wystawą. Dostaje się w nich mapy stanu i wszelkiego rodzaju porady turystyczne oraz niekiedy darmową kawę. Jest to też miejsce piknikowe i wychodkowe.
W podroży pomaga informacja szczegółowa. Przed każdym zjazdem pojawiają się tablice informacyjne o tym, co znajduje się w okolicy tego zjazdu w trzech dziedzinach: stacji paliw, restauracji szybkiej obsługi i hoteli. A hoteli jest cała masa. W wyborze ich pomagają głównie broszury do pobrania w każdym punkcie informacyjnym czy stacjach paliw. Opisane w nich są drogi z zaznaczonymi hotelami według numerów zjazdów odpowiadającym milom od granicy stanu. W broszurach tych są kupony na zniżki w hotelach, dzięki którym można poznać wyposażenie danego hotelu – nas zawsze interesowały te z basenami. Ceny w hotelach sieciowych wahają się od 35 do 90 dolarów, ale mimo różnic cenowych standardem wyposażenia pokoju są dwa łóżka 140 – 160 cm, lodówka, mikrofala i kawiarka z kawą do parzenia no i telewizor oczywiście. Żelazko z deską czy suszarka nas nie interesowały, choć z gościnnej pralni często korzystaliśmy. Najbardziej jednak cieszył nas fakt, że każdy hotel posiadał maszynę do produkcji lodu, pozwalało nam to na napełnianie lodem szczelnych woreczków wkładanych do dwóch styropianowych lodówek kupionych za 3 dolary – w ten sposób woziliśmy w upale nasze wiktuały oraz zawsze mieliśmy zimne piwo.
W hotelach dwa elementy zwróciły moją uwagę. Pierwszy to zasłonki prysznicowe w wannie. Rurki je podtrzymujące zawsze były mocno wygięte na zewnątrz co zapobiegało przyklejaniu się folii do ciała, co jest niezbyt przyjemnym przypadkiem wszystkich europejskich pryszniców. Drugi to brak szczotek przy kiblach. Nie są potrzebne, konstrukcja muszli i system spuszczania wody nie pozwala nijak na obsranie ścianek. Taka mała rzecz a cieszy.
Podróżując od hotelu do hotelu w kierunku północnym zatrzymywaliśmy się na lunche w bufetach. Bufet to taki amerykański, choć głównie chińsko-japoński twór, w którym je się do woli, czyli All you can eat. Zrozumieć tam można nadwagę amerykanów - po wejściu do lokalu i zapłaceniu 6,95 dolarów od głowy (Moana nie płaci) nie wiadomo bliżej co ze sobą zrobić. Chciało by się zjeść wszystkie sushi, spróbować sześciu rodzajów zup, wchłonąć raki, kraby, małże, ryby na parze i smażone aby przejść do wieprzowiny na 30 sposobów, wołowiny na 25 i ominąć kurczaki na 50. Beata w szale sałatkowym robiła sobie twory ze wszystkich znanych i mniej znanych warzyw. I tak wymieniając po raz 15 talerz, przechodziliśmy do deserów i owoców rozdysponowanych na dwóch osobnych stołach. Kończyliśmy zawsze popychadłem, a raczej ułatwiaczem trawienia w postaci lodów o 10 smakach. Masakra.
MÓJ 15 TALERZ – LODOWY DESER - PĘKAMY
Po trzech dniach podróży i dwóch noclegach w miejscowościach o tej samej nazwie Gainesville położonych w dwóch rożnych stanach, po Florydzie i Georgii przejechaliśmy Karolinę Południową aby w końcu dojechać do Karoliny Północnej i rezerwatu Irokezów graniczącym z Parkiem Narodowym Great Smoky Mountains. Noc spędziliśmy w Jeepie czyli miejscowości Cherokee. Pierwszy kontakt z parkiem wyjaśnił nam jego nazwę. Dymiące Góry dymiły jak należy i dopiero pani w informacji turystycznej zadziwiona pytaniem o ich pochodzenie (tych dymów) po wyjściu przed budynek, krzyknęła: o kurde, las się pali. Tak naprawdę nazwa pochodzi od mgieł często osnuwających okrągłości tych zalesionych gór. Przypominają one nasze Beskidy choć są trochę wyższe, a doliny bardziej urwiste. Niedźwiedzi czarnych jest w nich sporo, jednak są one większymi odludkami niż te w parkach stanów zachodnich notorycznie podkradające koszyki turystom.
Choć 39-ty odwiedzony przez nas park narodowy USA był darmowy, to nie odbiegał on od perfekcyjnego przygotowania pozostałych. W paru centrach informacyjnych rangersi doradzali piechurom w wyborze szlaków, mapy i wystawy okolicznościowe były też oczywiście darmowe (z wyjątkiem map celowych).
Na nasz trzydniowy pobyt wybraliśmy szlaki najbardziej atrakcyjne widokowo i poszliśmy robić furorę naszymi nowymi butami. Otóż jadąc do parku zatrzymaliśmy się w profesjonalnym alpinistycznym sklepie w celu zakupu Beacie butów górskich. No i kupiliśmy… cztery pary. Na nasze zainteresowanie dziwadłem w postaci pięciopalczastych butów sprzedawca przyniósł nasze rozmiary i zaproponował próbę chodzenia pod górę i z góry na przygotowanym do tego fragmencie sklepowej ścieżki. Niespodzianka była znaczna. Raz, te skarpety o twardej podeszwie nie posiadały wagi, dwa, dzięki osobnym palcom sposób zachowania równowagi zasadniczo różnił je od zwykłych butów. Zakupiono więc po parze za 100 USD każda, aby zachwalać je na szlaku w odpowiedzi na zadziwienie piechurów. Już w górach do innych zalet dołożyliśmy również możliwość przejścia w nich przez potok aby po piętnastu minutach iść dalej suchą stopą. Polecamy, zwłaszcza, że są też specjalne modele dla żeglarzy (bardzo szorstkie od spodu) oraz biegaczy.
Schodziliśmy te nowe stopy na pięknych szlakach ile się dało, ale Moankę najbardziej cieszył hotel w Gatlinbourgu - w jednym z dwóch basenów, wewnętrznym, był wodny korytarz i wodospad, które ją niezmiernie fascynowały.
BASEN Z KORYTARZEM I JACUZZI Z PIANĄ
Po trzech dniach palenia kalorii w górach ruszyliśmy naszym wielkim Fordem Taurusem w tango z przesuwającym się za szybami pejzażem, najpierw Alabamy, potem Missisipi, aby w końcu dotrzeć do Luizjany i celu wielkiego zboczenia naszej trasy – Nowego Orleanu. Po drodze mijaliśmy wszelkie nazwy świata, Ateny, Frankfurty, Rzymy, a nawet ukochaną przez Amerykanów Kubę.
Na moje telefoniczne pytanie o pokój w hotelu z basenem położonym w sercu Dzielnicy Francuskiej recepcjonista zapytał: z oknem czy bez? Nicht fersztejen, mówię, mój angielski jest nieporadny, powtórz jeszcze raz. No… z oknem czy bez? Jak to? To w hotelu są pokoje bez okna? Są, trochę tańsze. To jaki zarezerwować? No… to może jednak z oknem.
No i wylądowaliśmy w pokoju bez niego. Jedyny wolny pokój z oknem okazał się jednołóżkowy w my z Moaną musimy mieć jednak dwa. Mimo, że bez okna pokój był wielkiej urody i komfortu, a sam hotel był interesującym obiektem sam w sobie.
NASZ NOWOORLEAŃSKI HOTEL I POKÓJ BEZ OKNA
Nowy Orlean, a raczej jego Francuska Dzielnica jest zadziwiającym wydarzeniem architektonicznym. Post hiszpańska zabudowa, finezyjny detal, głównie z metalu sprawiły, że niechcący znaleźliśmy się w 40 parku narodowym USA, tym razem historyczno - kulturowym, jako że prócz architektonicznego piękna miejsce to jest przecież kolebką jazzu.
Snuliśmy się po uliczkach, tu i ówdzie grali muzykanci, a do atmosfery wiecznego święta dokładały się witryny turystycznych sklepów świecąc kolorami masek, jako, że jest to miejsce największego amerykańskiego karnawału – francuskiego Mardi Gras czyli tłustego czwartku.
Ta enklawa sprawia, że Nowy Orlean będąc mało atrakcyjnym portowym miastem stał się mekką turystyki i muzyki. Jest to przecież największy amerykański port, wiadomo, spławna Missisipi łączy zatokę Meksykańską z północą kraju. Portowość miejsca potwierdziła podróż parostatkiem w niepiękny rejs. Jedyną jego atrakcją był środek transportu, napędzany prawdziwie dwiema maszynami parowymi, które kręcą wielkim tylnym drewnianym kołem. Udostępnienie turystom do zwiedzania gorącej pracującej maszynowni to świetny pomysł.
Kuchnia nowoorleańska jest znana w całych Stanach, wiadomo z korzeniami francuskimi musi wchodzić nad szczyty amerykańskiej. My oczywiście skorzystaliśmy z obecności w niej ostryg przygotowywanych tu na różne sposoby. Najbardziej jednak lubimy je „nature” lub ewentualnie pieczone na oliwie z czosnkiem.
Chodząc po butikach z badziewiem widzieliśmy w publikacjach traumę po cyklonie, który zdemolował miasto, a na dodatek pokazał słabość władz, zarówno stanowych jak i federalnych. Doszło wtedy do anarchii i rożnych niezbyt chlubnych rzeczy. No nie poradzili sobie wtedy Amerykanie.
Lepiej radzą sobie oni z tornadami. To druga przypadłość klimatyczna Stanów. Strefa ich działania jest rozległa i zajmuje ponad połowę obszaru tego wielkiego kraju, tak więc, chcąc nie chcąc, znaleźliśmy się w niej podczas naszej podróży, na dodatek w momencie ich anormalnego nasilenia. Po trąbie powietrznej widzianej u wybrzeży Kuby, gdzie nasza ciekawość została zaspokojona, to fakt, że przez parę dni byliśmy w miejscach, dzień po albo dzień przed tornadem raczej nas nie cieszyło. W hotelach oglądaliśmy tylko jeden program, był to program meteo, i czuliśmy się prawie jak na Bubu gdzie pogoda jest głównym centrum naszego zainteresowania. Ot tak, zamiast polityki. I tu patrzyliśmy z wypiekami na twarzy na idące na nas fronty, na zdemolowane odwiedzone przez nas miasteczka i te do których właśnie jechaliśmy. Niesamowity był widok Joplin zmiecionego przez tornado najsilniejsze od drugiej wojny – wiatr wiał z prędkością 320 kilometrów na godzinę i poprzewracał nawet biurowce.
Amerykanie, naród praktyczny, budują domy z drewna i karton-gipsu. Dzięki temu dom w wypadku tornada znika, pozostaje po nim bunkier, znaczy rodzaj żelbetowej piwnicy, w której siedzą mieszkańcy obserwując (do czasu) „swoje” tornado w telewizji, popijając piwo i zajadając smakołyki przygotowane na wszelki wypadek w piwnicznej lodówce. Po przejściu oczka wychodzą na światło dzienne i organizują się od nowa. W Joplin, które zniknęło z powierzchni ziemi, zginęły tylko 144 osoby.
Odbudowa domu trwa tyle co budowa nowego... jakieś trzy tygodnie. Stąd taniość budowania. W Polsce 50% kosztu domu to siła robocza. W Stanach to tylko 10%. Cóż, Polak musi budować dla siebie, dzieci, wnuków i jeszcze dalej. Choć przysłowiowa zasada - tam dom mój gdzie chleb mój - w Polsce powoli nie jest już tylko przysłowiem i młody Polak stał się mobilny, to budownictwo jeszcze nie otrzymało należytej lekkości.
Z Nowego Orleanu ruszyliśmy do Miami. Droga wiodła wzdłuż wybrzeża Zatoki Meksykańskiej, zdarzały się przepiękne posiadłości i rozstrzelona zabudowa, aby miejscami koncentrować się w dość ohydnych skupiskach-kurortach pełnych plażowiczów, motorówek i samolotów ciągnących reklamowe banderole reklamujące produkty lub miłość do partnera z okazji czegoś tam.
Znów były hotele i bufety, ale żyliśmy już lotem z Miami do starej, próbującej się odnowić, Europy. Byliśmy trochę źli, że nie wiedzieliśmy o wprowadzeniu przez Lufthansę tydzień po naszym locie nowego, dwupiętrowego Airbusa. Było by zabawnie nim polecieć, ale odbijemy sobie wracając.
I to by było na tyle. Teraz zerkamy tylko na cykloniczną pogodę i drżymy o nasze Bubu ukochane pozostawione na pastwę natury. Żyjemy jeszcze minioną Toskanią, jej cudami architektury, smakami, zapachami i winnymi pejzażami, ale przed nami spotkania z ukochanymi przyjaciółmi, wspólne wycieczki i wieczory. No i nasza planowana podróż po Paradores w Hiszpanii. Zdamy z niej szczegółową relację.
czwartek, 23 lutego 2012
Licznik odwiedzin: 81 138
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: